top of page

The Traveling Economist

Podróże okiem ekonomisty

05627c8f-b097-4592-8be1-e638b8d4b90d_edited_edited.jpg
Home: Witaj
Home: Blog2

RPA

Zaktualizowano: 14 maj

RPA jest prawdziwym hegemonem w Afryce. To kraj o najwyższym PKB na kontynencie (405,3 mld. USD w 2022 r. – dane Banku Światowego), mimo że wcale nie najludniejszy (59,89 mln. ludności w 2022 r. wobec 2218,5 mln. w Nigerii, 111 mln. w Egipcie, 123,4 mln. w Etiopii, 99 mln. w DR Kongo). Dlatego też uchodzi za silnik pociągowy rozwoju całego kontynentu afrykańskiego. W jaki sposób do tego doszło? 

Rola Europejczyków w budowie i rozwoju tego kraju była absolutnie kluczowa. Pierwsi biali pojawili się na południu Afryki już w XV w., a ich osadnictwo rozpoczęło się w XVII w. Byli to głównie holenderscy chłopi znani w Europie jako Burowie, ale też niemieccy protestanci i francuscy hugenoci. Właściwie od momentu ich przybycia utrzymywana była separacja pomiędzy białymi osadnikami i Afrykanami, często dochodziło do konfliktów zbrojnych. Ten czas pionierów pochodzących z Europy, którzy budowali podstawy potęgi gospodarczej tego najbardziej rozwiniętego gospodarczo kraju afrykańskiego upamiętnia pompatyczny pomnik Voortrekkermonument, który jest widoczny praktycznie z każdego miejsca w Pretorii, gdyż jest usytuowany na wzgórzu położonym na przedmieściach miasta. Pomnik, a raczej olbrzymie mauzoleum zachwyca wielkością (40m) i panującą wokół niezwykłą ciszą. Tablice pamięci dawnych wędrowców są największą marmurową płaskorzeźbą na świecie. Przedstawiają one wydarzenia od wyruszenia Burów z Kolonii Przylądkowej w 1835 r. aż do podpisania z Anglikami Konwencji w 1852 r., która gwarantowała Burom własne niepodległe państwo. Wcześniej w 1806 r. Kolonia Przylądkowa została anektowana przez Anglików, a po Kongresie Wiedeńskim w 1815 r. formalnie odkupiona od Holendrów wraz z zamieszkującymi te tereny Burami. Stworzyli oni bardzo ciekawą cywilizację. Znaleźli się w Afryce głównie z powodu biedy i braku perspektyw na kupno ziemi w rodzinnej Holandii. Na południu Afryki urodzajnej i przyjaznej ziemi nie brakowało. Wkrótce wprowadzone zostało prawo, wg. którego każdy osadnik może mieć tyle ziemi, ile od wschodu do zachodu słońca zdoła objechać na koniu. Pod panowaniem burskim Kapsztad stał się jednym z największych portów kolonialnych, w okolicach powstawały kolejne miasteczka i farmy. Jednym z piękniejszych jest Stellenbosch - z wieloma winnicami przypomina zresztą do dzisiaj tradycyjne europejskie miasteczka w krajach Beneluksu czy Niemczech. Burowie stworzyli sobie tutaj raj na ziemi. Musimy pamiętać, że byli to tradycyjnie prości ludzie, którzy od początku swojego osadnictwa podporządkowali sobie miejscową ludność, traktując ich na swoich farmach jak niewolników. Administracja angielska przyniosła dla nich spore zmiany: narzucenie języka angielskiego, zniesienie religii państwowej, jaką był kalwinizm, a w końcu zniesienie niewolnictwa (1838). Wszystkie te elementy stanowiły podstawę ich tożsamości, zaś niewolnictwo dodatkowo gwarantowało dostatnie życie. Wprawdzie Burowie mieli przyznane odszkodowanie za wyzwolonych niewolników, ale by je efektywnie uzyskać musieli się udać do Anglii, co w praktyce było nierealne. Podjęli więc decyzję o opuszczeniu Kolonii Przylądkowej i udali się w nieznane eksplorować wnętrze Afryki. Burowie byli prawdziwymi pionierami, a siebie nazywali trekkerami, dzięki czemu to słowo weszło do światowego języka. Po zwycięskich walkach z ludami Bantu Burowie utworzyli swoje republiki w Transwalu i Oranje.

Prawdziwym "game changerem" w Południowej Afryce było odkrycie olbrzymich złóż diamentów w 1869 r. (dzisiaj te złoża stanowią nadal 40% światowych zasobów) oraz złota w 1886 r. (do dzisiaj to ponad 50% zasobów świata) na terenach zajmowanych przez Burów (Witwatersrand). To wtedy Cecil Rhodes założył największą do dzisiaj firmę na świecie zajmującą się wydobyciem, obróbką i handlem diamentami De Beers. Dla gospodarki oznaczały te odkrycia wielką rewolucję: napływ inwestycji z Europy (pod koniec XIX w. stanowiły one połowę wszystkich inwestycji europejskich w Afryce), banki międzynarodowe oraz prywatni pożyczkodawcy zarzucili lokalnych farmerów gotówką i kredytami, ci z kolei wykorzystywali łatwo dostępny pieniądz do kolejnych zakupów ziemi oraz zatrudniania lokalnej afrykańskiej ludności do prac rolnych i górniczych. Coraz częściej dochodziło do konfliktów nie tylko między Burami, a ludnością murzyńską, ale również z Anglikami i innymi narodowościami, których przyciągnęła prawdziwa gorączka złota.

Na tym tle pod koniec XIX w. doszło do I i II wojny burskiej. O ile I wojnę Burowie wygrali, zapewniając sobie niepodległość Transwalu, o tyle II wojny nie mogli już wygrać, bo było to już po odkryciu olbrzymich złóż złota. Dlatego też Anglicy zmobilizowali duże siły militarne by opanować rebelię. W wyniku traktatu pokojowego republiki burskie włączone zostały do Imperium Brytyjskiego, ale Burowie zagwarantowali swoją integralność etniczną, gdyż język afrikaans (niderlandzki z XVI w.) pozostał językiem urzędowym. W 1910 r. 4 republiki burskie (Transwal, Oranje, Kolonia Przylądkowa i Natal) utworzyły Związek Południowej Afryki, który pozostawał dominium Wlk. Brytanii (najwyższy stopień autonomii w ramach imperium brytyjskiego - forma pośrednia między samorządną kolonią a suwerennym państwem, taki status miały też Kanada, Australia, ale też Irlandia). Władzę sprawowali biali afrykanerzy, wprowadzając serię praw dyskryminujących czarną większość.

Rasizm wobec ludności czarnej istniał w środowisku afrykanerów od zawsze, lecz dopiero na początku XX w. został formalnie skodyfikowany. Rząd bronił przede wszystkim białych farmerów i biznesmenów przed konkurencją afrykańską. W 1913 r. prawo rezerwowało własność ziemi uprawnej w większości dla białej mniejszości, zmuszając kolorowych farmerów do pracy zarobkowej na farmach, których wcześniej byli właścicielami. W 1936 r. zaledwie 13% zwykle najgorszych terenów znajdowało się w posiadaniu czarnej mniejszości. Biali farmerzy mieli wiele przywilejów takich, jak tanie pożyczki z państwowego banku ziemi, rządowe subsydia dla swoich upraw, państwowe firmy skupujące płody rolne płaciły znacznie więcej białym farmerom, również odszkodowania za susze i inne katastrofy klimatyczne były dla nich kilkakrotnie wyższe. Nowe regulacje w jawny sposób zniechęcały czarną ludność do zajmowania się działalnością gospodarczą, jednocześnie ograniczały jej prawa pracownicze, tworzyły rezerwuar taniej siły roboczej i wypychały z gospodarki formalnej. Czarna większość pozbawiona została też praw wyborczych. W międzyczasie w 1931 r. ogłoszona została niepodległość kraju.

Kiedy fala afrykańskiego nacjonalizmu przelewała się prze Afrykę, rządy białej mniejszości w południowej Afryce zaciskały swoją kontrolę, zdecydowanie broniąc zachowanie władzy politycznej oraz bogactw naturalnych w swoich rękach. Dla białej ludności Afryki Południowej, Południowo-Zachodniej, Rodezji i portugalskich kolonii Angoli i Mozambiku myśl o władzy sprawowanej przez Afrykanów była równoznaczna z katastrofą. Wszyscy biali tych obszarów uważali się za bastion cywilizacji zachodniej, dążący do zachowania standardów na kontynencie wyjątkowo niestabilnym i konfliktogennym. Panujący w Kongu chaos po uzyskaniu niepodległości podawano jako przykład tego, co mogło wydarzyć się w Afryce, kiedy zabrakło tam europejskiego kierownictwa. Nadejście afrykańskiej niepodległości w północnej części kontynentu przypisywano nie tyle upadkowi i słabości kolonialnych sił europejskich, co zdradzieckim intrygom komunizmu, przynoszącego poważne zagrożenie dla ich własnego bezpieczeństwa. Utrzymywano, że komuniści wykorzystywali afrykański nacjonalizm do swych własnych celów, czyli strategicznym opanowaniu południowej Afryki i przechwyceniu jej olbrzymich bogactw naturalnych. Rządy białych utrzymywały, że właśnie dlatego należy koniecznie ukrócić działalność afrykańskich nacjonalistów, którzy zagrażali ich panowaniu. W krajach tych nękano i zamykano w więzieniach politycznych aktywistów, zakazując działalności ich organizacji. W poprzek Afryki wyznaczono nową granicę, oddzielającą „czarną” północ od „białego” południa. Południową Afrykę wydzielono jako pozornie nieprzenikalną fortecę władzy białych.

W celu zapewnienia sobie trwałej władzy w Afryce Południowej, biali politycy wymyślili najbardziej wyszukaną rasistowską konstrukcję, jakiej dotychczas świat nie widział. Pod koniec II Wojny Światowej rasistowska polityka Afryki Południowej różniła się raczej w szczegółach niż w istocie rzeczy od praktyk dyskryminujących czarną większość w innych częściach Afryki, znajdującej się pod europejskim władaniem. Jednakże w 1948 r. do władzy doszli afrykanerscy nacjonaliści, którzy stworzyli własną wersję władzy rasistowskiej zwanej przez nich apartheidem. Byli zdecydowani na zawsze zapewnić supremację białych i unicestwić „swart gevaar”, czyli niebezpieczeństwo ze strony czarnych, które – jak twierdzili – zagrażało białej społeczności. Krok po kroku poddawano ludność czarnoskórą szerokiej gamie rządowych kontroli i oddzielano ją od białych wszędzie tam, gdzie było to możliwe. Każdy aspekt życia, taki jak miejsce zamieszkania, zatrudnienie, edukacja, ubezpieczenia społeczne, nie mówiąc o życiu politycznym, podlegał regulacjom, mającym na celu utrzymanie ich w roli ludności ściśle podporządkowanej. Na mocy legislacji apartheidu, dla usatysfakcjonowania rządowych planistów, ponad trzy miliony ludzi zostało wysiedlonych z ich domostw. Dalsze miliony wtrącano do więzień za naruszanie przepisów apartheidu. W tej sprawie nie było żadnej dyskusji. Premier Hans Strijdom w 1956 r. w parlamencie oświadczył: „albo panować będzie biały człowiek, albo też czarny człowiek przejmie władzę. Jedynie poprzez dominację Europejczycy będą w stanie zachować swoje zwierzchnictwo, a jedyną drogą dla zachowania zwierzchnictwa jest pozbawienie nie-Europejczyków prawa głosu” (za „Historia współczesnej Afryki, Martin Meredith).

W swych pierwszych kampaniach afrykańscy nacjonaliści odwoływali się do petycji, wysyłania delegacji i apelów. Podejmowane przez 30 lat wysiłki ANC (Afrykańskiego Kongresu Narodowego), utworzonego w 1912 r. niewielkiego elitarnego ruchu, okazały się nieskuteczne. W 1936 r. w Prowincji Przylądkowej, mimo protestów Afrykanie zostali wykreśleni z powszechnego spisu wyborców, tracąc tym samym prawa, które im przysługiwały przez ponad 80 lat. Tym samym dokonany został prawny rozdział dwóch ras. Później, na początku lat 40-tych XX w., duch waleczności zaczął przenikać do populacji Afrykanów. Zaczęli oni masowo przemieszczać się do ośrodków przemysłowych Witwatersrandu, popychani ubóstwem i głodem panującym w afrykańskich rezerwatach, uciekając przed surowymi warunkami bytowania na farmach białych. Liczyli także na znalezienie pracy w kwitnących w okresie wojny gałęziach przemysłu, ale często czekały ich tylko nędza i głód. Krytyczne rozmiary osiągnął też kryzys mieszkaniowy. Na przedmieściach Johannesburga, wbrew zarządzeniom władz miejskich, masowo wyrastały slumsy, które zresztą istnieją do dzisiaj. Ceny żywności poszybowały gwałtownie w górę. Afrykańskie związki zawodowe stanęły na czele nagłego przypływu strajków na fali postulatów ustanowienia płacy minimalnej. W 1946 r. afrykańscy górnicy zorganizowali największy strajk w historii Afryki Płd., protestując przeciwko niskim płacom i złym warunkom pracy.

Ten buntowniczy duch skłonił aktywistów ANC do zaostrzenia ich stanowiska. W 1943 r. przedstawili oni rządowi dokument o nazwie „Żądania afrykańskie”, w którym domagali się pełnych praw obywatelskich i odrzucenia wszelkich praw dyskryminacyjnych, zgodnie z postanowieniami Karty Atlantyckiej, opracowanej przez Churchilla i Roosevelta. W 1945 r. została ona formalnie przyjęta jako wykładnia polityki ANC. Jednakże grupa młodych działaczy wyśmiała takie łagodne metody działalności politycznej i zażądała podjęcia radykalnych kroków. Był wśród nich Nelson Mandela, student prawa związany z królewską rodziną ludu Thembu, osoba wybitna pod każdym względem.

Mandela pochodził z plemienia Xhosa, drugiej najliczniejszej grupy plemiennej po Zulusach, z rodziny na warunki afrykańskie zamożnej. Urodzony się w 1918 r. w prostym środowisku wiejskim, studiował w Fort Hare College, wiodącym południowoafrykańskim instytucie edukacyjnym dla Afrykanów. Porzucił go jednak, uciekając przed zaaranżowanym małżeństwem. Po przybyciu do Johannesburga szczęśliwie znalazł pracę jako urzędnik w firmie prawniczej należącej do białych. Umożliwiło mu to skończenie studiów drogą korespondencyjną. Był pierwszym przedstawicielem społeczności afrykańskiej, który otworzył kancelarię prawną dla czarnych, co było wówczas czymś absolutnie wyjątkowym. Miał bardzo wielu przyjaciół i znajomych, w tym białych i Hindusów. Utożsamiał się jednak ze skrzydłem czarnych polityków, których sympatycy głosili hasła w stylu „Afryka dla Afrykanów” i „Zepchnijmy białego człowieka do morza”. Sam Mandela wspominał później: „O ile nie byłem przygotowany do spychania białego człowieka do morza, to byłbym nadzwyczaj szczęśliwy, gdyby sam wdrapał się na jakiś statek parowy i opuścił ten kontynent z własnej woli”. Czarni mieszkańcy zaczęli się organizować i podejmowali wiele prób protestów. Wszystkie rebelie były krwawo tłumione.

W 1949 r. radykalnemu skrzydłu ANC udało się odsunąć starą gwardię liderów. Nowe pokolenie działaczy, w tym Mandela, przejęło kontrolę i wkrótce ogłosiło swój „Program działania”, obejmujący nieposłuszeństwo obywatelskie, bojkoty i masowe strajki. Rząd nowej Partii Narodowej gwałtownie zareagował na oznaki wzrastającej w siłę opozycji. Pod pretekstem infiltracji komunistów wprowadził prawo zwane Ustawą o Zdławieniu Komunizmu, które umożliwiło mu nie tylko zlikwidowanie małej, wielorasowej Partii Komunistycznej, ale też wyeliminowanie innych przeciwników, których uznałby za kłopotliwych. Ustawa ta odegrała istotną rolę w totalitarnej kontroli kraju. Zawarta w Ustawie definicja komunizmu była tak szeroka, że można ją było zastosować do uciszenia każdego, kto sprzeciwiałby się polityce rasistowskiego rządu. Rząd miał prawo do stosowania aresztu domowego, ograniczania prawa do przemieszczania się, zakazywania uczestnictwa w zgromadzeniach publicznych czy nawet towarzyskich, mógł też zakazywać działalności pisarskiej czy wygłaszania przemówień. Nie trzeba było podawać przyczyny uznania kogoś za komunistę, nie było też możliwości odwołania się.

ANC nie przeląkł się zapowiadanymi represjami ze strony rządu: w 1952 r. zorganizował „Akcję nieposłuszeństwa” – protestu przeciwko coraz częstszemu stosowaniu praw apartheidu. Wezwano ochotników, aby dobrowolnie prowokowali władze do aresztowania ich czy uwięzienia za naruszanie niektórych praw i regulaminów, jak wsiadanie do wagonów kolejowych, przebywanie w poczekalniach i zajmowanie miejsc na platformach przeznaczonych tylko dla białych, albo też naruszanie godziny policyjnej. Celem tego działania było zapełnienie sądów i więzień do tego stopnia, że przeludnienie drobnymi przestępstwami mogło doprowadzić do implozji systemu penitencjarnego kraju. Akcja szybko podziałała na wyobraźnię Afrykanów i przekształciła ANC w ruch masowy. W ciągu 5 miesięcy ponad 8 tys. ludzi trafiło do więzienia na 3 miesiące. 35 organizatorów tej akcji, w tym Mandelę, oskarżono o promowanie komunizmu i uznano ich za winnych. Niektórzy z nich podlegali rozporządzeniom o zakazie działalności i zostali dożywotnio pozbawieni prawa do uczestnictwa w życiu politycznym. Ustanowiono nowe, jeszcze bardziej restrykcyjne prawa, które przewidywały surowe kary pieniężne, kary więzienia i kary cielesne dla każdego, kto zachęcałby innych do przestępstw związanych z nieposłuszeństwem obywatelskim. Upoważniały one rząd do ogłoszenia stanu wojennego i stosowania nadzwyczajnych środków w każdej sytuacji zagrożenia porządku publicznego. W praktyce organizowanie protestów stało się całkowicie nielegalne. W kolejnych latach działacze czarnoskórzy byli nękani najściami policji, inwigilacją, zakazami, aresztowaniami i skazywaniem na banicję. Ich szeregi były też infiltrowane przez agentów i informatorów.

Mimo tych szykan ANC przetrwał ciężkie chwile. Wspólnie z działaczami hinduskimi, Koloredami (to mieszańcy Burów, Malajów i Khoisan mówiący afrikaans i wyznający głównie kalwinizm) i grupą radykalnych białych, z których wielu należało do Partii Komunistycznej, w 1955 r. zredagowali „Kartę Wolności”, wskazującą drogę do społeczności wielorasowej. Karta ta domagała się prawa głosu dla wszystkich obywateli, możliwości obejmowania stanowisk i równości wobec prawa. W sprawach gospodarki Karta opowiadała się za nacjonalizacją kopalń, ziemi i banków. Mandela zaprzeczał, że jest ona projektem państwa socjalistycznego, ale zgodził się z tym, że ma radykalną naturę. Podobnego zdania był również rząd, który próbował udowodnić, że założenia Karty mogą być zrealizowane tylko na drodze przemocy. W 1956 r. aresztował 156 działaczy, w tym praktycznie wszystkich czołowych przywódców ANC, jak też czołówkę białych radykałów. Zostali oni oskarżeni o najwyższą zdradę i przygotowania do „obalenia państwa rewolucyjnymi metodami, w tym posługując się przemocą i ustanawiając tak zwaną demokrację ludową”. Proces sądowy ciągnął się przez 4 lata, wyczerpując energię ruchu i jego przywódców, a zakończył się uniewinnieniem wszystkich oskarżonych.

W międzyczasie polityka apartheidu osiągnęła swój zenit. W 1958 r., po śmierci Hansa Strijdoma, Partia Narodowa uczyniła premierem Hendrika Verwoerda, z pochodzenia Holendra. Był on ideologicznym fanatykiem, z ambicjami wprowadzenia praw apartheidu w życie na skalę nigdy wcześniej niestosowaną. Verwoerd widział siebie w roli przywódcy wybranego przez Boga i działał zgodnie z tym przekonaniem. Wierzył, że znalazł ostateczne rozwiązanie (brzmi znajomo jak „Endlösung”) dla Afryki Południowej: całkowitą separację terytorialną między czarnymi a białymi. Głównym punktem jego strategii stał się podział ludności czarnoskórej. Obwieścił, że należy podzielić ludność afrykańską na oddzielne grupy etniczne czy narody i przekazać im kontrolę nad ich własnymi ziemiami plemiennymi zwanymi „homelands”. Tam mogłyby one cieszyć się pełnią życia społecznego i prawami politycznymi w systemie rządzenia najbardziej odpowiadającym ich plemiennym zwyczajom. Wszyscy czarni staliby się obywatelami nowych ojczyzn, w tym również czarni zamieszkujący na „białych” obszarach, bez względu na to, od ilu pokoleń tam żyli. Podzieleni na oddzielne grupy etniczne, czarnoskórzy nie mogliby działać jako jedna społeczność przeciwko mającym przewagę i skonsolidowanym białym. Każda grupa „narodowa” stanowiłaby mniejszość w skali kraju i żaden „naród” nie mógłby dopominać się o swoje prawa na podstawie jego siły liczebnej. W takiej sytuacji domaganie się rządów afrykańskiej większości stałoby się bezprzedmiotowe. Na zawsze zapewniłoby to białym supremację na ich własnym obszarze.

Vorwoerd przyznawał, że „ideał” całkowitej separacji terytorialnej nie może być osiągnięty w ciągu wielu kolejnych lat, ale już teraz należy wybrać taki kierunek działania. Sposobem na sianie waśni międzyrasowych i międzyetnicznych miała być sprawdzona angielska zasada „dziel i rządź”. Verwoerd był przekonany, że w końcu Afryka Południowa będzie składać się z prosperujących, czarnych państw plemiennych, żyjących w pokoju z odwiecznie prosperującym państwem białych. W 1959 r., kiedy przedstawiał swój plan, ogłosił, że od tej chwili Afryka Południowa staje się państwem wielonarodowym, w składktórego wchodzą oddzielne państwa plemienne (homelands), oraz bantustany przeznaczone dla 8 czarnych „narodów”.

Stając w obliczu nasilającej się supremacji białych, ANC mocno trzymał się swych wielorasowych zasad. Mandela, który niegdyś sprzymierzył się z afrykanistycznym skrzydłem w ramach ANC, teraz całkowicie poświęcił się wielorasowej przyszłości Afryki Południowej. Był pod silnym wrażeniem poświęcenia się sprawie ze strony białych radykałów, szczególnie białych komunistów. Jednakże Afrykanie coraz bardziej krytykowali kierunek obrany przez ANC. Potępiali zapowiadające się przymierze z innymi grupami rasowymi, które przeciwstawiały się apartheidowi. Szczególne wzburzenie wywołała w nich klauzula Karty Wolności, mówiąca o tym, że Afryka Południowa należy do „wszystkich, którzy w niej żyją, do czarnych i białych”. Według nich jedynymi prawdziwymi „właścicielami” Afryki Południowej byli Afrykanie. Inni po prostu „ukradli” ich kraj.

W 1959 r. znaczna część Afrykanów odłączyła się od ANC i utworzyła swoje własne ugrupowanie, Kongres Panafrykanistyczny (PAC – Pan-Africanist Congress). Domagali się rządów Afrykanów i zapowiadali akcji militarne zmierzające do osiągnięcia tego celu. Konkurując z ANC o poparcie, zapowiedzieli masową akcję protestacyjną przeciwko systemowi znienawidzonego prawa paszportowego. Była to ostoja kontroli rządowej nad ludnością afrykańską. Wymagało ono od każdego Afrykanina w wieku powyżej 16 lat noszenia przy sobie paszportu, który uprawniałby go do przebywania na „obszarze białych”. Do więzień trafiło wówczas tysiące ludzi, jeśli nie byli w stanie okazać dowodu na każde żądanie. 21 marca 1960 r. policja w Sharpeville, małego miasteczka czarnoskórych położonego ok. 80 km na południe od Johannesburga, otworzyła na oślep ogień do kilku tysięcy demonstrantów PAC, zabijając 69 i raniąc ciężko 186 uczestników protestu. Większość ofiar było postrzelonych w plecy, kiedy ludzie uciekali przed ogniem karabinowym. Masakra w Sharpeville stała się na zawsze symbolem brutalności rasistowskiego reżimu segregacji rasowej. Wywołała ona falę afrykańskich protestów – marszów, demonstracji, strajków i aktów przemocy. Wielu białych obawiało się, że Afryka Południowa znalazła się na krawędzi wybuchu rewolucji. Atmosferę kryzysu pogłębiało powszechne międzynarodowe potępienie. Stosunek Zachodu do Afryki Południowej, dotychczas ambiwalentny, stał się teraz otwarcie wrogi. Rezolucja RB ONZ potępiła południowoafrykańską politykę rasową. Zagraniczni inwestorzy, w obawie przed zapowiadającym się wstrząsem, masowo opuszczali ten kraj.

Mimo fali krytyki, zarówno w kraju jak i za granicą, Verwoerd pozostawał niewzruszony. Nic nie mogło zachwiać jego wiary w apartheid. Nie godząc się na żadne ustępstwa, nakazał stosowanie sankcji dyscyplinarnych. W oparciu o prawa stanu wyjątkowego rząd zakazał działalności ANC i PAC oraz aresztował tysiące sprzeciwiających się apartheidowi dysydentów. Niewielu z nich udało się wymknąć z zastawionych pułapek. W ciągu kilku tygodni kręgosłup afrykańskiego ruchu oporu został złamany. Choć ANC zszedł do podziemia, ciągle jeszcze wierzył, że masowe działania mogą wstrząsnąć rządem. W 1961 r. jego działacze wymyślili plan 3-dniowego strajku narodowego, po czym miała nastąpić fala „masowej odmowy współpracy”. Główną postacią w tej nowej kampanii stał się Nelson Mandela. Porzucił wtedy ostatecznie swą praktykę prawniczą i oderwał się od życia rodzinnego ze swoją młodą żoną Winnie oraz z ich dwójką dzieci, aby całkowicie poświęcić się działalności podziemnej. Wkrótce wydany został nakaz aresztowania Mandeli. Przy pomocy siatki zwolenników Partii Komunistycznej, która miała wieloletnie doświadczenie w tajnej działalności podziemnej, udawało mu się przez długi okres uniknąć aresztowania, w tym czasie przemieszczał się z miasta do miasta i wzywał do wspierania strajku, a jednocześnie informował przez telefon o swoich poczynaniach redakcje gazet. Większość zadań wykonywał w nocy i coraz częściej spędzał dni w kryjówkach. Maskował się na różne sposoby, wkładając kombinezon robotnika czy mundur kierowcy. Zapuścił brodę i nosił okrągłe okulary bez oprawy. Po zapadnięciu zmroku pokazywał się często w przebraniu stróża nocnego, w długim, szarym płaszczu i w czapce nasuniętej na oczy, czasem z wpiętymi kolczykami. Ponieważ udawało mu się umykać przed policją, prasa przezywało go Pimpernelem, afrykańską odmianą Szkarłatnego Pimpernela, fikcyjnej postaci, która nie dawała się schwytać w czasach rewolucji francuskiej.

Aby zapobiec groźbie strajku, rząd uchwalił nowe prawa, pozwalające na zatrzymanie każdego bez procesu sądowego. Zarządził też największą od czasów wojny mobilizację armii i policji. Policja w nocy zaczęła przetrząsać afrykańskie osiedla. Zakazano jakichkolwiek zgromadzeń politycznych, a pracujących zastraszano masowymi zwolnieniami. Mimo tego pokazu siły tysiące robotników większych miast odpowiedziało na wezwanie do strajku. Jednak ogólny wynik tego protestu nie zadowolił oczekiwań Mandeli. Następnego dnia odwołał całą akcję. Jej niepowodzenie przekonało Mandelę, że kampanią protestacyjną nie można już niczego osiągnąć i że jedyną dostępną alternatywą będzie odwołanie się do aktów przemocy. Lata demonstracji, bojkotów, strajków i nieposłuszeństwa obywatelskiego nie przyniosły żadnego rezultatu. Każde wydarzenie było kontrowane represjami ze strony rządu. Mandela wierzył, że ograniczona akcja sabotażowa mogłaby odstraszyć inwestorów zagranicznych, zakłócić handel i przynieść dostatecznie duże straty, aby zmusić biały elektorat i rząd do zmiany kursu swej polityki.

Na myślenie Mandeli niewątpliwie silny wpływ wywierali rewolucyjni entuzjaści z podziemnej Partii Komunistycznej, którzy już postanowili utworzyć uzbrojone bojówki – był to pierwszy krok do zaangażowania się w wojnę partyzancką. Mając łatwy dostęp do państw bloku sowieckiego i Chin, planowali oni wysyłać rekrutów poza granicami kraju na terenach opanowanych przez komunistów. Wierzyli, że walka zbrojna spotka się z masowym poparciem uciskanej ludności afrykańskiej i wkrótce doprowadzi reżim apartheidu do upadku. Powoływali się na przykład Kuby, gdzie rewolucja Fidela Castro pokazała, jak niewielka grupa rewolucjonistów mogła pozyskać poparcie mas i przejąć władzę. Tym, co z kubańskiego przykładu najbardziej przemawiało do wyobraźni, była teoria „detonatora” rewolucji, głoszona przez Che Guevarę, wg. której już samo podjęcie akcji zbrojnej dostarcza poruszającego ludność impetu.

Podczas gdy Mandela był przekonany co do konieczności walki zbrojnej, inni przywódcy ANC gwałtownie się temu sprzeciwiali. Na tajnym spotkaniu w czerwcu 1961 r. padały argumenty za i przeciw. Pod koniec spotkania osiągnięto jednak kompromis. Wszyscy zgodzili się co do tego, że ANC ma nadal prowadzić politykę bez użycia przemocy, ale nie może powstrzymywać tych członków, którzy chcieliby założyć oddzielną i niezależną organizację militarną. Nowa organizacja – „Umkhonto we Sizwe” (Włócznia Narodu) – uformowała się bardzo szybko. Jej szefem został sam Mandela. Było to wspólne przedsięwzięcie ANC i Partii Komunistycznej – elitarna grupa składająca się z kilkuset spiskowców i mająca dostęp do wszystkich zasobów i międzynarodowych powiązań Partii Komunistycznej. Spiskowcy stanęli przed ogromnymi wyzwaniami. Nikt z nich nie miał doświadczenia w zakresie sabotażu czy działalności partyzanckiej. Mandela zdecydował się na walkę zbrojną, nie mając pojęcia, co przyniesie ona w praktyce. Od samego początku była w tym przedsięwzięciu duża doza amatorszczyzny. Bazą operacyjną tej organizacji stał się obszerny, wznoszący się na małej farmie Lilliesleaf budynek mieszkalny. Farma ta była ulokowana na obszarze zwanym Rivonia, 16 km na północ od Johannesburga. Była początkowo własnością Partii Komunistycznej, zakupioną z myślą o utworzeniu tam własnej, podziemnej siedziby głównej. Przez kilka miesięcy mieszkał tam sam Mandela, w piwnicy krytej słomą, podczas gdy policja przetrząsała kraj, polując na niego. Przebywał w owej piwnicy za dnia, a nocą opuszczał ją. Spędzał też tam weekendy z żoną i dziećmi. Do Rivonii spiskowcy przychodzili i odchodzili tak często, że przypominała ona bardziej centrum handlowe, a nie tajną kwaterę głównego ruchu rewolucyjnego. To nie mogło się dobrze skończyć.

Początek akcji sabotażowej wyznaczono na koniec 1961 r. na dzień zwany Dniem Przymierza. Biali czcili w tym dniu zwycięstwo nad królem zuluskim Dingane w bitwie nad Blood River w 1838 r. Rozrzucone na ulicach ulotki informowały o utworzeniu „Umkhonto we Sizwe” i zawierały ostrzeżenie: „W życiu każdego narodu przychodzi taki moment, kiedy pozostają mu do wyboru tylko dwie drogi: poddać się lub walczyć. Taki czas właśnie nadszedł”. W Johannesburgu i innych miastach pod budynki rządowe podłożone zostały bomby. W czasie kolejnych 18 miesięcy akcje sabotażowe nadal się zdarzały, a ich celami były budynki publiczne, linie kolejowe i instalacje elektryczne. Większość zamachów miała niezdarny i mało efektywny charakter i nie powodowała bardziej trwałych szkód. Po 3 tygodniach od rozpoczęcia akcji terrorystycznych Mandela ukradkiem opuścił Afrykę Południową i udał się do Beczuany (dzisiejszej Botswany). Zaczął poszukiwać wsparcia w walce zbrojnej w innych państwach afrykańskich. Za granicą przebywał 6 miesięcy. W czasie swoich podróży wykorzystał sytuację, aby przejść szkolenie wojskowe w Etiopii. Jednak w niecałe 2 tygodnie po powrocie do Afryki Południowej w lipcu 1962 r., nie zatroszczył się dostatecznie o swe bezpieczeństwo. Został schwytany przez policję, kiedy podróżował autem z Durbanu do Johannesburga. Choć policja mogła go podejrzewać o różne czyny, nie miała dowodów na jego związek z „Umkhonto” i z kampanią sabotażu. W sądzie został oskarżony jedynie o podburzanie robotników afrykańskich do nielegalnego strajku i o wyjazd z kraju bez ważnych dokumentów podróży. 

Proces Mandeli przyciągnął uwagę całego świata. Bronił się sam, a sposób jego bycia i zachowania się przed sądem zrobiły głębokie wrażenie. W listopadzie 1962 r. uznano go winnym za popełnienie obu przestępstw. Kiedy uzyskał prawo głosu, dopominał się w sądzie o złagodzenie wyroku, ale wykorzystał tą sytuację, by rzucić drobiazgowe oskarżenia pod adresem rządu. Powiedział, że każda podejmowana przez ANC próba poszukiwania pokojowych rozwiązań wobec gnębiących kraj nieszczęść, była traktowana z pogardą i tłumiona siłą. Przestrzegał przed nasileniem się aktów przemocy. „Przemoc ze strony rządu może przynieść tylko jedno, a mianowicie zrodzić nową przemoc”. Skazany został na 5 lat więzienia.

W międzyczasie zacieśniała się sieć wokół innych spiskowców. W odpowiedzi na kampanię sabotażu Vorwoerd powołał nowego ministra sprawiedliwości – Johna Vorstera, niegdyś sympatyka faszystów, internowanego w czasie II Wojny Światowej bez procesu. Vorster otrzymał polecenie likwidacji całego ruchu oporu Afrykanów. Służba bezpieczeństwa uzyskała nieograniczone prawo do przeprowadzania aresztowań i zatrzymań. Mnóstwo mężczyzn i kobiet znalazło się w więzieniach, osadzani byli w izolatkach i wypytywani na niekończących się przesłuchaniach. Kiedy metody śledcze nie przynosiły pożądanych wyników, stosowano tortury. Po otrzymaniu informacji od zatrzymanych i konfidentów, policja szybko zidentyfikowała Lilliesleaf jako podejrzane miejsce. W lipcu 1963 r. dokonano nalotu na farmę i schwytano cały sztab najważniejszych spiskowców. W ręce policji wpadły też dokumenty odnoszące się do produkcji broni, rekrutacji partyzantów i ich szkolenia, kontaktów z Chinami i z blokiem sowieckim. Policja znalazła też dowody na zaangażowanie Mandeli.

Kolejny proces odbywającego już karę więzienia Mandeli i innych głównych spiskowców trwał do czerwca 1964 r. Oskarżono ich z paragrafu „działalność sabotażowa”, za co groziła kara śmierci. Po raz kolejny postawa Mandeli przed sądem i jego pełne pasji przemówienie, w którym wyjaśniał przyczyny udziału w ruchu „Umkhonto”, zwróciły uwagę całego świata. Powiedział m.in.: „Tylko wtedy, kiedy zamknięto dla nas wszystkie sposoby pokojowego protestu, podjęliśmy decyzję o odwołaniu się do aktów przemocy w walce politycznej i założyliśmy „Umkhonto we Sizwe”. Nie uczyniliśmy tego, dążąc do takiego obrotu sprawy, ale wyłącznie dlatego, że rząd nie dał nam żadnego innego wyboru”. Mandela tak wyjaśniał dążenia ludności afrykańskiej: „Afrykanie chcą uczciwego udziału w życiu Afryki Południowej, chcą bezpieczeństwa i należnego im miejsca w społeczeństwie. A przede wszystkim, chcemy równych praw politycznych, ponieważ bez uzyskania ich nasza niemoc stanie się chroniczna. Wiem, że dla białych tego kraju brzmi to jak rewolucja, jako że Afrykanie będą stanowili większość głosujących. To dlatego biały człowiek boi się demokracji. Ale strach ten nie może stanąć na drodze jedynego rozwiązania, które zapewni harmonię rasową i wolność dla wszystkich”. Przez 5 godzin Mandela czytał swoje oświadczenie. Potem odłożył notatki i zwrócił się twarzą do sędziego, z pamięci wygłaszając następujące ostatnie słowa: „Całe moje życie poświęciłem walce w imieniu afrykańskiego ludu. Walczyłem przeciwko dominacji białych i walczyłem przeciwko dominacji czarnych. Pielęgnowałem ideał demokratycznego i wolnego społeczeństwa, w którym wszyscy żyliby ze sobą w harmonii i mieliby jednakowe możliwości. Jest to ideał, dla którego chciałbym żyć i – mam nadzieję – go osiągnąć. Ale jeśli trzeba, jestem gotów umrzeć dla tego ideału”.

W czerwcu 1964 r. 45-letni wówczas Mandela otrzymał wyrok dożywotniego więzienia. Taki sam wyrok otrzymało 7 jego współpracowników. Wszyscy zostali przewiezieni samolotem do Kapsztadu, po czym promem przetransportowani na pobliską Robben Island. W więzieniu Mandela spędził aż 27 lat, z czego większość w malutkiej celi na wyspie, skąd rozciąga się (oczywiście nie zza krat więzienia) paradoksalnie piękny widok na Górę Stołową – symbol Kapsztadu – dla mnie jednego z najpiękniejszych miejsc na świecie. Znany jako więzień nr. 466/64, Mandela spędzał czas pracując w kamieniołomie skał wapiennych, zbierając wodorosty do produkcji nawozu i ucząc się języka afrikaans.

Z punktu widzenia wyznaczonych przez Mandelę celów, akcja sabotażowa „Umkhonto” okazała się całkowitą porażką. Miała ona negatywny wpływ na gospodarkę. Zagraniczni inwestorzy, którzy bynajmniej nie zniknęli na początku lat 60-tych XX w., teraz dramatycznie odczuli konsekwencje tych wydarzeń. Elektorat białych reagował poparciem dla rządu, a nie występował w opozycji do niego. Zamiast zmienić kurs polityki, rząd w pośpiechu podejmował coraz bardziej represyjne kontrdziałania, znosząc podstawowe prawa cywilne pod pretekstem konieczności zmagania się z inspirowanym przez komunistów spiskiem, zmierzającym do obalenia państwa. Ostatecznie okazało się, że grupa rewolucyjnych amatorów nie jest godnym przeciwnikiem dla brutalnej siły południowoafrykańskiego państwa. Niedoszacowanie siły rządu miało bardzo duże konsekwencje. Został zniszczony ruch nacjonalistyczny i na ponad dekadę zapanowała cisza.

W czasie pobytu Mandeli w więzieniu, Afryka Południowa stała się fortecą władzy i prosperity białego człowieka. W całym okresie lat 60-tych XX w. szczyciła się ona jednym z najwyższych wzrostów gospodarczych na świecie (2 miejsce po Japonii). Z jej kopalń wydobywano największe ilości złota i minerałów. Powstawały jak grzyby po deszczu nowe fabryki, w tempie dotychczas nigdzie niespotykanym. Handel zagraniczny z krajami zachodnimi rósł błyskawicznie. Zagraniczni inwestorzy z USA, Wlk. Brytanii, Francji i Niemiec energicznie rywalizowali o pierwszeństwo w nowych gałęziach przemysłu. Roczny przypływ kapitału zagranicznego do Południowej Afryki w latach 70-tych urósł do poziomu 6-krotnie wyższego niż w okresie poprzedzającym masakrę w Sharpeville (1960). Boom gospodarczy przyciągnął do RPA fale białych imigrantów, pochodzących głównie z Europy. W latach 60- i 70-tych liczba białej ludności powiększyła się o 250 tys. osób. Wszystko to napawało obywateli RPA wiarą w przyszłość. Opór czarnej ludności został przełamany. Wydawało się, że aparat bezpieczeństwa jest zdolny do stawienia czoła wszelkim nieprzewidzianym wypadkom. Przede wszystkim rząd dysponował zasobami, które skutecznie zapewniały supremację białych.

Korzyści płynące z rządów Partii Narodowej były godne uwagi, zwłaszcza w społeczności białych Afrykanerów. Przy pomocą rządu nowa klasa finansistów, biznesmenów i managerów objęła ważne stanowiska w przemyśle, handlu i bankowości. Przedsiębiorstwa państwowe takie jak kolej, porty, stalownie, elektrownie czy przemysł ciężki były na wyższych szczeblach obsadzone wyłącznie przez Afrykanerów. Kontrakty rządowe i koncesje były często przydzielane właśnie firmom Afrykanerów. W ich rękach znalazła się praktycznie cała administracja państwowa. Firmy afrykanerskie, stanowiące 3/4 wszystkich gospodarstw, również rozwijały się pomyślnie za rządów Partii Narodowej. Były one wzmacniane subsydiami, funduszami na badania, programami modernizacyjnymi i cenami ustalanymi przez państwowe agencje rynku zbytu. Był to zatem rodzaj gospodarki kapitalistycznej z ostrym interwencjonizmem państwowym. Klasa pracująca Afrykanerów korzystała szczególnie z polityki rządowej ochraniania stanowisk pracy przeznaczonych dla białych. Niemal każda rozwinięta gałąź handlu czy rzemiosła była zarezerwowana dla białych robotników. Z tej pomyślności korzystała oczywiście również społeczność angielskojęzyczna. Tylko nieliczne społeczeństwa na świecie osiągnęły tak wysoki poziom życia. Północne przedmieścia Johannesburga, skupisko wielu angielskojęzycznych mieszkańców, miały największą na świecie – poza Beverly Hills – liczbę basenów na świecie. W 1946 r. dochody Afrykanerów per capita stanowiły mniej niż połowę dochodów angielskojęzycznych przybyszów. Ok. 1970 r. przekroczyły one granicę 2/3.

Biała społeczność rozwijała się pod rządami Partii Narodowej całkiem pomyślnie. Stawała się jednak coraz bardziej konserwatywna w poglądach, skupiona na sobie, odizolowana od trendów myślowych i stylu życia nowoczesnego świata, a także odcięta od czarnoskórej większości mieszkańców kraju (zresztą sam język afrikaans to tradycyjny język holenderski, który nie ewoluował przez kilkaset lat, a którym posługiwali się chłopi holenderscy – Burowie, przyjeżdżając na południe Afryki). Narodowa sieć radiofoniczna była prawie wyłącznie machiną propagandową. Każdy komentarz czy biuletyn informacyjny reprezentował rządowe postrzeganie świata. Blokowano wszelkie próby uruchomienia telewizji. Trwało to do czasu, kiedy rząd uzyskał pewność, że będzie w stanie ją kontrolować. Literatura i rozrywka były objęte ścisłą kontrolą i podlegały prawom cenzury. Biała społeczność oczekiwała przestrzegania restrykcyjnego, rasistowskiego prawa, postrzegała różnicę poglądów, nawet najbardziej trywialną jako zdradę. Dla niektórych Afrykanerów sprzeciwianie się apartheidowi było czymś gorszym od morderstwa, a ci, którzy nie chcieli się podporządkować prawu stanowili zagrożenie dla narodu. Dla niemal całej białej społeczności liczącej w latach 60-tych XX w. ponad 3,5 mln. osób, biała władza była niezaprzeczalną wartością sama w sobie. Postrzegana z zewnątrz, RPA mogła szczycić się wieloma przymiotami demokracji zachodniej: miała parlamentarny system rządów, niezależny wymiar sprawiedliwości, prężną prasę, gospodarkę rynkową, wypełnione kościoły i hojne instytucje dobroczynne. Wszystko to utwierdzało białych w przekonaniu, że bez względu na jej ułomności Afryka Południowa znalazła swoje miejsce w świecie zachodnim. Jeśli niekiedy odwoływano się do surowych metod policyjnych, to – jak mówili Afrykanerzy – były one potrzebne tylko do uporania się z kłopotliwą mniejszością, podburzaną przez komunistów w Moskwie.

Wydawało się, że system ten jest dostatecznie silny, aby mógł wytrzymać każde uderzenie z wewnątrz i zewnątrz. Kiedy w 1966 r. Hendrik Verwoerd, będący siłą napędową apartheidu, został zamordowany w budynku parlamentu przez niepoczytalnego pracownika, biała społeczność jakoś sobie z tym poradziła. Nie uważano za konieczne dokonywać jakichkolwiek zmian w polityce. Na jego następcę Partia Narodowa wybrała Johna Vorstera, który jak wcześniej wspomniano jako minister sprawiedliwości miał duże sukcesy w unicestwieniu czarnej opozycji. Zresztą zaraz po swoim wyborze Vorster stwierdził, że jego rola będzie polegać na posuwaniu się naprzód drogą wytyczoną przez Verwoerda. Wpływ, jaki miał apartheid na ludność afrykańską, unaocznił się w latach 60- i 70-tych XX w., kiedy rząd rasistowski pracował nad tym, jak powstrzymać napływ Afrykanów z obszarów wiejskich na tereny miejskie i jak pozbawić ich wszelkiej nadziei na to, że miejscy Afrykanie znajdą sobie stałe miejsce w „białych miastach”.

Z nieposkromioną energią rząd starał się zmniejszyć miejską populację Afrykanów wszędzie tam, gdzie to było możliwe. Pozbawiał miejskich Afrykanów resztek ich praw i oczyszczał wiejskie obszary zamieszkane przez białych z wielkiej liczby czarnoskórych mieszkańców. W 1970 r. aktem Homeland Citizens Act rząd rozpoczął masowe usuwanie czarnej ludności z centrów miast RPA do tzw. bantustanów, wtedy też zaczął powstawać umiarkowany ruch oporu, odrzucający zbrojne metody walki. Szybko wzrosła liczba spraw sądowych wynikających ze wspomnianej ustawy o paszportach, tysiące ludzi miało zostać usuniętych z obszarów miejskich. W Transwalu i Oranje zrealizowano program masowego przesiedlania ludności miejskiej. Afrykańskie przedmieścia, które uznano za niezbyt odległe od homelandów, otrzymały nowy status, a ich rezydenci zostali przesiedleni do nowych, wiejskich osiedli, wybudowanych w homelandach. W niektórych przypadkach przesiedlono całą miejscową populację Afrykanów. W innych urzędnicy rządowi skoncentrowali się na przesiedlaniu bezrobotnych, ludzi starszych i niezdolnych do pracy, kobiet i dzieci. Pozostawili jedynie robotników afrykańskich, którzy mieszkali w hostelach dla mężczyzn i co tydzień lub co miesiąc odwiedzali swoje rodziny.

Zamiast stałej populacji miejskiej, na której zależało rządowi, powstała warstwa siły roboczej, składająca się głównie z migrujących robotników. Robotnicy-migranci ciągle krążyli między „czarnymi” homelandami a przedsiębiorstwami białych, usytuowanych na obszarach miejskich. W takim rozwiązaniu rząd szukał możliwości pogodzenia zapotrzebowania białych na siłę roboczą ze swoją własną determinacją do powstrzymania stałego osadnictwa ludności czarnoskórej w miastach. Robotnicy afrykańscy mogli dojeżdżać, jeśli mieszkali w homelandzie, położonym w pobliżu obszarów miejskich albo stawali się imigrantami, jeśli ta odległość była zbyt duża. Alternatywnie, robotnicy afrykańscy mogli być zatrudniani w tradycyjny sposób na rocznych kontraktach. Kwaterowano ich w domostwach przeznaczonych wyłącznie dla mężczyzn, a pod koniec roku pozwalano im odwiedzać rodziny mieszkające w homelandach. Ocenia się, że w 1976 r. ponad 2 mln. mężczyzn miało status imigrantów: krążyli oni między swymi rodzinnymi domami a miejscami pracy w mieście. Wielu z nich nie miało normalnej rodziny w mieście i byli pozbawieni życia społecznego. Miesiącami musieli znosić ponurą i jałową egzystencję w zatłoczonych barakach, słynących z wielkiego pijaństwa i aktów przemocy. Inni codziennie tracili kilka godzin na dojazdy z odległych miejscowości w zapchanych autobusach i pociągach. Wstawali przed świtem i wracali do domu późną nocą.

Miejskie osiedla dla czarnoskórych na obszarze „białej” Afryki Południowej były bardzo zaniedbane. Mogły korzystać tylko z nielicznych miejskich udogodnień. Dom, w którym mieszkał Mandela przez ponad 15 lat do swojego aresztowania w 1963 r. na przedmieściach Johannesburga w Soweto można dzisiaj zwiedzić. Naprawdę warto. Zaskakuje fakt, że w niedalekiej odległości od siebie przy tej samej ulicy znajdują się domostwa dwóch wybitnych afrykańskich noblistów (to chyba jedyny taki przypadek na świecie): Mandeli i biskupa Desmonda Tutu.

Ograniczenia rządowe nie pozwalały czarnoskórym biznesmenom na rozwijanie ich przedsięwzięć w takich miejscach. Afrykanin mógł prowadzić tylko jedną firmę, a jego działalność była ograniczona do zaopatrywania innych w podstawowe produkty codziennego użytku, jak drewno, węgiel, mleko i warzywa. Restrykcje te obejmowały nawet pralnie chemiczne, prowadzenie zakładów samochodowych i stacji benzynowych. Afrykanom nie wolno było zakładać firm na obszarach miejskich czy też wznosić własnych budynków. Można je było jedynie brać w dzierżawę od miejscowych władz. Budownictwo czarnoskórych miało dość schematyczny charakter i składało się z rzędów identycznych małych domków w kształcie pudełek od zapałek. Powszechnym zjawiskiem było przeludnienie. W Soweto, głównym osiedlu miejskim czarnoskórych obsługującym Johannesburg, w 1970 r. w takim domku mieszkało przeciętnie 13 osób. Niedogodności, w jakich ludność afrykańska wegetowała, nie miały granic. Na mocy prawa nie dopuszczano Afrykanów do pracy wymagającej kwalifikacji. Nie mogli oni tworzyć rejestrowanych związków zawodowych, ani też uczestniczyć w strajkach. W sporach w sektorze przemysłowym, biali pracodawcy często wzywali uzbrojoną policję, która rozprawiała się z robotnikami. Kiedy Afrykanie tracili pracę, byli narażeni na deportację. Wielu z nich otrzymywało bardzo niskie wynagrodzenie, które nie pokrywało kosztów utrzymania ich rodziny. W 1970 r. wg. organizacji pracodawców o nazwie „Połączone Izby Handlu” przeciętna płaca w przemyśle była o 30% niższa od minimalnego budżetu miesięcznego 5-osobowej rodziny zamieszkałej w Soweto.

W swoich zapędach do umocnienia separacji rasowej, rząd zabrał się także do likwidacji licznych osiedli afrykańskich, otaczających pola uprawne białych, gdzie Afrykanie mieszkali od wielu pokoleń we względnym pokoju i spokoju. W terminologii rządowej osiedla te nazywano „czarnymi plamami”, małymi kawałkami ziemi na obszarze uważanym za „białą” Afrykę Południową. Jawiły się one jako irytujące skazy na mapie apartheidu. Niektóre ziemie miały tytuł prawny, gdyż były one zakupione przez farmerów afrykańskich w XIX i na początku XX w. Inne były ziemiami należącymi do misji, od pokoleń zajętymi przez afrykańskich użytkowników. Jeszcze inne składały się z małych afrykańskich rezerwatów, które przeżyły okupację białych, ale teraz uważano je za „źle usytuowane”. W sumie było ok. 350 takich „czarnych plam”. Ich eliminację rozpoczęto na dobre w latach 60-tych XX w. Całe społeczności były zmuszane do opuszczenia swych domów. Wiele osób przesiedlono na tereny nienadające się do uprawy, pozbawione zasobów wody, oddalone od głównych dróg, poza zasięgiem szpitali i klinik. Z każdym przejawem oporu szybko rozprawiała się policja. Ok. 1970 r. blisko 100 tys. Afrykanów utraciło swe domy, wielu innych czekał wkrótce podobny los. Na ziemiach uprawnych białych, gdzie biała ludność nieustannie zamartwiała się „zaczernieniem białych krajobrazów” (die beswarting van die platteland), rząd z podobnym zapałem działał na rzecz zmniejszenia czarnej populacji. Białych farmerów zachęcano do stosowania bardziej zmechanizowanych metod produkcji i zastępowania czarnych robotników sezonowymi oraz samotnymi migrantami. Ocenia się, że w latach 60-tych pół miliona czarnych robotników zatrudnionych w pełnym wymiarze czasu straciło zatrudnienie na farmach białych. Tysiące afrykańskich dzierżawców również wyrzucono z ziemi białych. Tylko robotnicy najemni, najchętniej imigranci, należeli do tych, których rząd potrzebował na polach uprawnych należących do białych. Wszystkie te zmiany miały dewastujący wpływ na bantustany. Przeludnione i zubożałe, musiały teraz zmagać się z nadciągającą falą wyrugowanych Afrykanów – robotników, niepotrzebnych pracowników rolnych, mieszkańców miast – ludzi „zbytecznych”, jak ich opisywano, którzy walczyli o przetrwanie. Większość mężczyzn afrykańskich, którzy wrócili do homelandów, nie miała innej alternatywy, jak tylko poświęcić się monotonnej pracy emigranta. Rząd ogłosił, że jest zadowolony z osiągniętych wyników.

Milczenie, które trwało przez lata po aresztowaniu i skazaniu Mandeli i innych przywódców ANC zostało przerwane przez nowe pokolenie czarnoskórych aktywistów, wywodzących się ze społeczności studenckiej. Było to pokolenie, które czerpało inspiracje nie tyle z koncepcji walki wielorasowej, którą propagował ANC, lecz także z poczucia czarnej asertywności, pozostającej w związku z tradycją polityki ludności czarnoskórej. Ruch czarnej świadomości lat 70-tych XX w. wypełnił lukę, jaka powstała po upadku ANC i PAC. Jej nieformalnym rzecznikiem stał się Steve Biko, student medycyny ze wschodniej części Kraju Przylądkowego, który przekonywał, że siła jego grupy może doprowadzić do wyzwolenia czarnych. Biko z pogardą odnosił się do tchórzliwej i pokornej postawy czarnej ludności. Utrzymywał, że potrzebny jest masowy wysiłek, aby zmienić negatywne wyobrażenie, jakie ludność czarnoskóra ma o sobie samej oraz postulował zastąpić je bardziej pozytywną tożsamością. Ucisk czarnych jest przede wszystkim problemem psychologicznym. Biko chciał mu przeciwstawić krzewienie świadomości czarnych, dumę, potencjał i osiągnięcia czarnoskórych. Termin „czarny” był też używany w stosunku do Koloredów i Hindusów tak samo jak w stosunku do Afrykanów, gdyż wszyscy byli ofiarami ucisku rasowego. Nie zabiegano o pomoc u białych liberałów, czy u jakichkolwiek innych białych, którzy się z nimi solidaryzowali. Powszechnie odwoływano się do hasła: „Czarny człowieku, jesteś sam”. Po rezygnacji ze studiów medycznych w 1972 r., Biko został pełnoetatowym szefem ruchu politycznego. Kiedy ten ruch świadomości czarnych przybrał na sile, do akcji wkroczył rząd. W 1973 r. Biko i 7 jego współpracowników zostało ograniczonych w swych działaniach. Sam Biko mógł się poruszać jedynie po King William’s Town (na południowym wschodzie RPA), nie wolno mu było publicznie się wypowiadać, publikować, być cytowanym i przebywać w obecności więcej niż jednej osoby naraz. Przez 2 lata pracował nad programem dla czarnej społeczności King William’s Town, do czasu, aż tego też mu zakazano. Bez przerwy nękała go policja, a w ciągu trzech lat był aż 29 razy zatrzymywany i trafiał do aresztu.

Działania rządu nie były w stanie powstrzymać rozprzestrzeniania się ruchu świadomości czarnych. Morale Afrykanów zostało ogromnie wzmocnione w 1974 r., kiedy runęła władza portugalska (po rewolucji goździków w Lizbonie) w Mozambiku i Angoli, co utorowało drogę dla afrykańskich ruchów wyzwoleńczych i doprowadziło do przejęcia przez nie władzy. Gdy na początku 1976 r. wojska RPA musiały opuścić Angolę, nie będąc w stanie zapobiec przejęciu władzy przez marksistowski ruch MPLA, czarnoskórzy studenci znowu mieli okazję do fetowania porażki białej władzy. Tym, co ostatecznie wywołało gniew ludności czarnoskórej, był rządowy system edukacji „Bantu”. Został on wymyślony przez Verwoerda w celu ograniczenia edukacji Afrykanów dla potrzeb białych. Swego czasu powiedział on: „Jaki jest pożytek z uczenia dziecka Bantu matematyki, kiedy nie będzie ono mogło wykorzystać tego w praktyce. Nie ma dla niego miejsca w społeczności europejskiej, poza możliwością podjęcia niektórych rodzajów pracy fizycznej”. Polityka Partii Narodowej pozostawiła po sobie dziedzictwo szkolnictwa na wyjątkowo niskim poziomie, słabo wykształconych nauczycieli, przepełnionych sal szkolnych i nieodpowiedniego wyposażenia. Wydatki rządowe utrzymywano na minimalnym poziomie: na początku lat 70-tych rząd wydawał 16 razy więcej (sic!) na edukację jednego białego ucznia niż na edukację czarnego dziecka. Z powodu rozmyślnych ograniczeń liczby miejsc w szkołach średnich i wyższych, setki tysięcy dzieci – znanych jako „wypchnięci” – opuszczało szkołę z perspektywą zostania jedynie robotnikiem fizycznym bądź bezrobotnym. Zaledwie 5% uczniów afrykańskich znalazło się w szkołach średnich, z których tylko nieliczni ukończyli ostatnią klasę. Ci, którym się to udało, zderzali się z całą gamą ograniczeń apartheidu, obejmujących rodzaje zatrudnienia, o które mogliby się ubiegać. Trudności, na jakie napotykali absolwenci szkół w 1976 r., były szczególnie dotkliwe również ze względu na recesję gospodarczą.

Do tej potencjalnie wybuchowej atmosfery rząd dorzucił jeszcze nowe zarządzenie. Zdecydował, że połowa przedmiotów w szkołach średnich, które nie były nauczane w językach afrykańskich, powinna być nauczana w afrikaans, a druga połowa – w angielskim. Realizacja tego zarządzenia sprawiała ogromne trudności. Afrykańscy nauczyciele sami uczyli wyłącznie w języku angielskim, wielu z nich nie potrafiło nawet mówić w afrikaans. W licznych protestach organizacje nauczycieli, rady szkolne, kierownicy szkół i sami rodzice starali się przekonać rząd, że powinien on zmienić zdanie. Jednakże ten trwał w uporze. Sercem ruchu oporu stało się Soweto. Uczniowie, nazywający afrikaans językiem ciemiężycieli, zaczęli bojkotować lekcje prowadzone w tym języku, organizowali strajki szkolne, a w końcu zaplanowali masowe demonstracje. 16 lipca 1976 r. ok. 10 kolumn studenckich maszerowało przez Soweto, niosąc transparenty, wykrzykując hasła i śpiewając hasła o wolności. Naprzeciw nim wyszła uzbrojona policja i otworzyła do nich ogień, zabijając 13-letniego ucznia. Na wieść o strzelaninie studenci zareagowali gniewem. Zaatakowali budynki rządowe, autobusy i samochody ciężarowe. Do starć doszło też na afrykańskich przedmieściach Transwalu. W pierwszym tygodniu rewolty w Soweto zginęło co najmniej 150 ludzi, w większości czarnych uczniów. I choć rząd poczynił ustępstwa w sprawie nauczania afrikaans, zamieszki trwały nadal. Studenci nadal powracali na ulice, wykazując się odwagą i odpornością na siłę ogniową policji, jak nigdy wcześniej manifestowali też swój bunt i nienawiść do apartheidu. Gdy tylko część przywódców studenckich trafiała do aresztu lub na wygnanie, natychmiast pojawiali się inni, gotowi do zajęcia ich miejsc.

Przy całej odwadze, jaką wykazali studenci, zabrakło im jednak programu działania i zdolności organizacyjnych. Marsze, demonstracje i podpalenia nie przynosiły widocznych rezultatów poza niekończącą się serią ataków policji i dużą ilością ofiar. Śmierć poniosło co najmniej 600 osób, a 4 tys. zostało rannych. Od września 1976 r. rewolta zaczęła stopniowa wygasać, a do grudnia bunt praktycznie zanikł. Mimo nakazu ograniczającego miejsce pobytu, Steve Biko podróżował nadal, pisał i prowadził swoją kampanię. Kiedy w sierpniu 1977 r. wracał z tajnego spotkania w Kapsztadzie, został aresztowany na policyjnej blokadzie drogowej. Przez następne 20 dni był osadzony w izolatce, nagi, pozbawiony możliwości umycia się i ćwiczeń fizycznych. Następnie został przeniesiony do kwatery głównej policji w Port Elizabeth na przesłuchanie. Nadal był nagi, na nogach miał żelazne kajdany, skuto mu też ręce. W czasie przesłuchania został brutalnie pobity przez białych policjantów, otrzymał liczne ciosy w głowę. Mimo ciężkiego stanu zdrowia, na ręce i nogi założono mu łańcuchy i przykuto do metalowej kraty. W takiej pozycji przebywał przez resztę dnia. Choć miał na głowie liczne obrażenia i nie był w stanie mówić, nie otrzymał żadnej pomocy lekarskiej. Wieczorem zdjęto mu kajdany, którymi był przykuty do kraty, ale pozostawiono żelazne okowy na nogach. Użyczono mu kilku mat do spania. Dopiero następnego dnia wezwano lekarza, ale ten cynicznie oświadczył, że nie może znaleźć żadnej widocznej rany. Przez pozostałą część dnia Biko był przetrzymywany w kwaterze głównej tajnej policji, zanim zabrano go do więziennego szpitala. Kolejnego dnia zastano go z pianą na ustach. Tym razem lekarze zdecydowali, że powinien być przeniesiony do szpitala na leczenie. Choć znajdował się w stanie śpiączki, policja bezpieczeństwa zorganizowała jego transport do szpitala więziennego w Pretorii, oddalonej o ponad 1100 km. Został umieszczony nago w tylnej części policyjnej furgonetki, przykryty jedynie więziennym kocem. W czasie trwającej 11 godzin podróży nie dostał niczego prócz butelki wody. Zmarł 12 września 1977 r., kilka godzin po przybyciu do Pretorii, leżąc na macie rozesłanej na kamiennej podłodze. Miał zaledwie 30 lat. Po 2 dniach minister policji Jimmy Kruger ogłosił, że Biko zmarł po podjęciu strajku głodowego. Wywołał na konferencji Partii Narodowej lawinę śmiechu, kiedy komentując śmierć Biko powiedział: „Nie jestem zadowolony, ani też nie jest mi przykro z powodu Biko. Zachowuję zimną krew. Nic nie mogę wam powiedzieć. Każdy, kto umiera (…) będzie mi również przykro, jeśli ja umrę”.

Wiadomość o śmierci Biko wywołała nową falę gniewu i sprowokowała zamieszki na ulicach, które rząd w końcu spacyfikował, zatrzymując dziesiątki czarnoskórych przywódców i zakazując działalności praktycznie każdej organizacji „czarnej świadomości” w kraju. Bez względu na oznaki niezadowolenia wśród czarnoskórych, rząd na siłę wprowadzał w życie politykę wielkiego apartheidu, z taką samą stanowczością jak poprzednio. Architekci apartheidu wyobrażali sobie, że ostatecznym rozwiązaniem dla ludności afrykańskiej nie będzie po prostu samostanowienie w homelandach, ale ich pełna „niepodległość”. Przyznając homelandom niepodległość, rząd byłby w stanie oddalić wszelkie zarzuty swojej bazy politycznej – białych Afrykanerów, jakoby afrykańska ludność miała prawa obywatelskie w Afryce Południowej. Byłoby to też dla społeczności międzynarodowej dowodem (tak przynajmniej uważał rząd), że rząd wypełnił swe zobowiązania co do zabezpieczenia pełni praw ludności afrykańskiej, w tym samym stopniu, jak to uczyniły europejskie władze kolonialne, przyznając niepodległość swym afrykańskim koloniom.

Granice homelandów nie miały większego sensu. Większość obejmowała rozproszone i rozdrobnione kawałki ziemi. Dwa najważniejsze homelandy to: KwaZulu, składający się z 48 kawałków ziemi i z dużej liczby mniejszych obszarów oraz Bophuthatswana, mający 19 kawałków ziemi, rozrzucone w 3 prowincjach. Tylko jeden bantustan: QwaQwa, o powierzchni ok. 650 km2, rozciągał się na jednym, zwartym terytorium. Baza gospodarcza homelandów była żałosna i w żadnej mierze niewystarczająca do samodzielnej egzystencji. Dysponowały one tylko kilkoma drogami i liniami kolejowymi, nie miały większych portów ani miast. Były ubogie w zasoby naturalne i ziemię, która mocno ucierpiała ze względu na przeludnienie i niewłaściwą technikę uprawy roli. Stały się one bankrutami, zamieszkanymi przez zubożałą ludność wiejską, uzależnioną od jałmużny i kroplówki z Pretorii oraz przekazów pieniężnych pochodzących od wędrownych robotników. Niemniej rząd znalazł wśród czarnej ludności wystarczającą liczbę chętnych współpracowników, aby uruchomić swoją strategię homelandów. Samorządność przyniosła znaczne korzyści dla elitarnej grupy afrykańskich wodzów, urzędników administracji i kupców. Ministrowie gabinetowi, członkowie zgromadzeń legislacyjnych i administracji państwowej uzyskiwali spore korzyści z tytułu wysokich wynagrodzeń, zaciąganych kredytów, otrzymywanej ziemi i zapewnianych im mieszkań, gdyż władze RPA dążyły do stworzenia pomyślnie rozwijającej się klasy średniej, która wspierałaby system homelandów. Jeszcze bardziej pociągająca wydawała się perspektywa uzyskania niepodległości.

W 1976 r. Transkei ogłoszony został niepodległym państwem. W ciągu jednej nocy 1,6 mln. zamieszkałych tam Xhosa i 1,3 mln. Xhosa żyjących na „białych” obszarach utraciło obywatelstwo RPA. Rząd w Pretorii ogłosił, że RPA ma od tego momentu 22 mln. ludności, zamiast 25 mln., które miała dotąd. Inne homelandy poszły w ślady Transkei. W 1977 r. Bophuthatswana uzyskała niepodległość wbrew wyraźnym protestom ludności. W sumie 1,8 mln. Tswana utraciło obywatelstwo RPA. W 1979 r. za niepodległością opowiedzieli się Wenda, mimo że minister regionu przegrał z tego powodu wybory. W 1981 r. ofertę Pretorii postanowił przyjąć przywódca Ciskei, ignorując głos ekspertów i opinię publiczną. Ocenia się, że w latach 1976-1981 ogółem 8 mln. Afrykanów utraciło obywatelstwo RPA. Pretoria i duch Verwoerda zatem triumfowały. Jeden z ministrów rządu miał nawet oświadczyć, że „kiedy nasza polityka będzie doprowadzona do logicznego rozwiązania, to nie pozostanie ani jeden czarnoskóry legitymujący się obywatelstwem Afryki Południowej”.

Mimo pozornego sukcesu supremacji białych, system apartheidu popadał jednak w coraz większe tarapaty. Boom gospodarczy lat 60-tych, wraz z coraz częstszym stosowaniem zaawansowanych technik produkcyjnych, spowodował poważny niedostatek wykwalifikowanej siły roboczej, co zahamowało dalszy wzrost gospodarczy. Imigracja białych nie była wystarczająca, by pokryć niedostatek wykwalifikowanej siły roboczej. Ok. 1970 r. brakowało prawie 100 tys. fachowców. Biali biznesmeni dowodzili, że jedynym rozwiązaniem byłoby zarzucenie systemu rezerwacji stanowisk pracy, który dawał białym monopol na etaty wymagające kwalifikacji. Postulowali też umożliwienie czarnym awansu na rynku pracy. Krytykowali oni rząd za rozbudowany aparat inspekcji pracy, który traktował miliony kontrolowanych czarnych robotników jako „niezróżnicowaną masę” ludzi. Domagali się lepiej wykształconej, bardziej wykwalifikowanej i stabilnej czarnej siły roboczej. Opowiadali się też za prawnym uznaniem związków zawodowych czarnoskórych, co pozwoliłoby im budować relacje w sektorze przemysłowym w uporządkowany sposób. Nasilenie strajków w 1973 r. pokazało, że istnieje pilna potrzeba poprawy warunków pracy. Rewolta w Soweto w 1976 r. dodatkowo wzmocniła wszystkie te argumenty i dostarczyła nowych. Pracodawcy obawiali się teraz przyjścia nowego pokolenia radykalnych działaczy, którzy z nienawiści do apartheidu mogliby się zwrócić także przeciwko systemowi wolnej przedsiębiorczości.

Po rewolcie w Soweto i po śmierci Biko zaczęła przybierać na sile fala krytyki z zagranicy. Obraz uzbrojonej policji, strzelającej na ulicach do dzieci w wieku szkolnym, spotkał się z potępieniem całego świata. Pojawiły się głosy wzywające do bojkotu gospodarczego i nałożenia sankcji, co zagrażało modelowi gospodarczemu RPA opartemu na eksporcie. Również inwestorzy zagraniczni przestali postrzegać ten kraj jako stabilną i bardzo zyskowną przystań. Kapitał zagraniczny, który był kluczowym czynnikiem pozwalającym RPA osiąganie wysokiego tempa wzrostu PKB, zaczął się wycofywać. Ponadnarodowe koncerny międzynarodowe z udziałem RPA spotkały się z zażartą krytyką opinii publicznej występującej przeciw apartheidowi, a niektórzy domagali się nawet wycofania ich z rynku. Kilka liczących się banków amerykańskich i brytyjskich zakończyło swoją działalność w Afryce Południowej. Po raz pierwszy koszty utrzymania apartheidu zaczęły zagrażać interesom białych.

Sama społeczność białych też zaczęła się zmieniać. Stała się ona zamożniejsza i bardziej tolerancyjna niż kiedyś. Nie widziała już potrzeby utrzymywania tak licznych barier rasowych, jakie były budowane od 1948 r. Małostkowy apartheid, niegdyś będący celem Partii Narodowej, zaczął się kruszyć. Zarządy miejskie kontrolowane wyłącznie przez białych zaczęły znosić ograniczenia rasowe w korzystaniu z udogodnień publicznych. Rada Miejska Johannesburga otworzyła dla wszystkich ras muzea, galerie sztuki i bibliotekę miejską, usunęła też napisy w parkach „Dla Białych’ oraz „Dla Nie-Białych”. Podobne akcje przeprowadzono w Kapsztadzie, Durbanie i w East London. Złagodzono ścisłą separację w urzędach państwowych. Urzędy pocztowe, które miały oddzielne okienka dla czarnych i białych, zarzuciły tę rasistowską praktykę. Biali urzędnicy, którzy mieli zwyczaj obrażania czarnych bez umiaru, zostali pouczeni, że teraz winni traktować ich z należnym szacunkiem. Złagodzono ograniczenia dotyczące zawodów sportowych z udziałem zawodników różnych ras.

W 1978 r. były wieloletni minister obrony Pieter Botha, teraz nowy premier, wprowadził inny styl rządzenia. Podobnie jak Verwoed i Vorster był człowiekiem autorytarnym, porywczym i nietolerującym opozycji. Jego przywiązanie do supremacji białych było tak samo nieustępliwe jak w przypadku jego poprzedników. Jednakże Botha opowiadał się raczej za podejściem pragmatycznym niż ideologicznym. Zmierzał do unowocześnienia apartheidu, do usunięcia pewnych niepraktycznych barier i do uczynienia go bardziej efektywnym. Wkrótce zagęściło się od obietnic przeprowadzenia reform. Botha mówił o zmieniającym się świecie i konieczności przystosowania się do nowych wymagań. Opowiedział się za usunięciem „bolesnej, niepotrzebnej dyskryminacji” i oświadczył, że prawa zakazujące międzyrasowych małżeństw i stosunków seksualnych nie będą już traktowane jak „święte krowy”. Krok po kroku rozpoczął starania o poprawę warunków na obszarach miejskich, zamieszkanych przez czarnoskórych. Po 30 latach surowego prawodawstwa nakierowanego na usunięcie czarnej ludności, rząd w końcu uznał prawo do stałego jej pobytu i przyznał jej prawo do własności. Pozwolono czarnym robotnikom na wstępowanie do zarejestrowanych związków zawodowych. Zniesiono też większość ograniczeń w podejmowaniu pracy. W zakresie edukacji rząd zaangażował się w zapewnienie równej, choć ciągle jeszcze oddzielnej edukacji dla wszystkich grup ludności.

Botha ogłosił także plan zmian konstytucyjnych. Zmierzał do poszerzenia bazy politycznej białej ludności poprzez włączenie do systemu politycznego białych społeczności Koloredów i Hindusów. Zapewnił im prawa wyboru przedstawicieli do ich własnej izby, jednocześnie zastrzegając, że władza polityczna pozostanie niezmiennie w rękach białych. Wszystkie te zmiany nazywał „zdrową formą uczestnictwa we władzy”. Dużo uwagi Botha poświęcał znaczeniu „praw grupowych”. Termin ten oznaczał, że każda grupa rasowa może rządzić się we własnym zakresie, bez ingerencji czy dominacji jakiejkolwiek innej grupy. W praktyce nie zmieniło to zbytnio systemu segregacji rasowej stosowanego przez białych. Ludności czarnoskórej nie zagwarantowano żadnej formy reprezentacji. Według Bothy otrzymali oni dostateczne możliwości reprezentacji w ramach systemu homelandów. Jedynym jego ustępstwem wobec czarnoskórych zamieszkałych w miastach była możliwość wyboru rad lokalnych.

Równolegle z wdrożeniem programu reform, Botha zaczął rozbudowywać narodowy system bezpieczeństwa. Miał on przezwyciężać wszelkie zagrożenia skierowane przeciwko rządowi, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Z perspektywy Pretorii groźba pozbawienia władzy białych była wszechobecna i coraz bardziej poważna. Na południu Afryki wszystkie kraje sąsiadujące z RPA i rządzone wcześniej przez białych – Angola, Mozambik i Rodezja – ugięły się wobec wojny partyzanckiej prowadzoną przez nacjonalistyczne ruchy afrykańskie, silnie infiltrowane przez Sowietów i sąsiednie niepodległe kraje afrykańskie. Walki toczyły się też w kontrolowanej przez RPA (wbrew postanowieniom ONZ) Namibii. Upadek władzy portugalskiej w Angoli i Mozambiku (1974) stworzył potężną lukę w strefie buforowej białych, która wcześniej oddzielała Afrykę Południową od Czarnej Afryki na północy, a ponadto sprowadził do tego regionu kubański korpus ekspedycyjny. Od 1975 r. sąsiedzi RPA mieli rządy marksistowskie, zaprzyjaźnione ze Związkiem Sowieckim, chętnie udzielali azylu i szkolili aktywistów ANC przebywających na wygnaniu.

Rewolta w Soweto w 1976 r. sprawiła, że ok. 14 tys. młodych czarnoskórych mężczyzn opuściło RPA, zasilając ANC na wygnaniu rzeszą nowych, gorliwych rekrutów. Maputo, stolica Mozambiku, oddalona o mniej niż 80 km od granicy z RPA, stała się głównym ośrodkiem operacyjnym ANC. Grupy ANC ulokowały się też w Botswanie, Swazilandzie i Lesotho, a ich celem była pomoc w tworzeniu wewnętrznej sieci powiązań oraz koordynacja przepływu rekrutów. Od 1977 r. partyzanci ANC przystąpili do akcji małego sabotażu, wybierając cele ataków o wielkim znaczeniu propagandowym. Miały one na celu raczej odzyskanie politycznych zwolenników wśród czarnej ludności i podniesienie ich morale, niż zagrożenie gospodarce czy bezpieczeństwu białych. Uderzano w posterunki policji na obszarach zamieszkanych przez ludność czarnoskórą, na budynki administracji, linie kolejowe i podstacje elektryczne. Nadejście w 1980 r. rządów czarnoskórych nacjonalistów w Rodezji, domknęło okrążający Afrykę Południową pierścień wrogich jej rządów.

Również na arenie międzynarodowej Pretoria stawiała czoło coraz bardziej wrogiemu nastawieniu. W 1977 r. zaczęło obowiązywać nałożone przez USA embargo na dostawy broni, co odcięło RPA od Francji, jej ostatniego, głównego dostawcy. Państwa OPEC nałożyły z kolei embargo na dostawy ropy naftowej. W 1979 r., po upadku szacha, przerwane zostały dostawy ropy irańskiej, od których Afryka Południowa była tradycyjnie najbardziej uzależniona. W USA nowy prezydent, demokrata Jimmy Carter, przyjął znacznie bardziej nieprzejednaną postawę w kwestii przestrzegania praw człowieka. W kolejnych krajach środowiska przeciwne apartheidowi coraz głośniej domagały się bojkotów, sankcji i wycofania się inwestorów. Botha na potrzeby wewnętrzne objaśniał tę całą falę wydarzeń jako część planu Związku Sowieckiego, dążącego do zdobycia globalnej dominacji. Miał ustalony prosty obraz polityki światowej. Był przekonany, że wydarzenia te obracają się wokół walki między komunistami a światem zachodnim, w której RPA ze swymi ogromnymi zasobami mineralnymi i dogodnym położeniem geograficznym, mogłaby stać się ponętnym łupem. Cokolwiek złego przydarzyło się w RPA (niestabilność regionalna, regionalne naciski czy niepokoje wewnętrzne), wszystko to ostatecznie przypisywano wielkiemu spiskowi Moskwy. Sprawy komplikowały się jeszcze bardziej, gdy państwa zachodnie nie były już dalej skłonne kupować tej teorii.

Botha odpowiedział na ten „totalny atak” swoją „totalną strategią”. Powołał nową służbę bezpieczeństwa i dał jej olbrzymie uprawnienia do koordynacji i kontroli wszystkich poczynań zmierzających do zwalczania zagrożeń bezpieczeństwa państwa. W razie potrzeby mogła ona korzystać z doświadczeń wojska, wywiadu, administracji rządowej i innych ekspertów. Na szczycie tej nowej struktury stała Rada Bezpieczeństwa Państwa, w ramach której starsi generałowie i kluczowi politycy spotykali się i decydowali o tym, jakie podejmować kroki by zdławić opozycję w kraju i za granicą. W sieci obejmującej 500 biur i pokrywającej cały kraj, zatrudniano oficerów bezpieczeństwa, polujących na czołowych działaczy, zatrzymujących ich i ewentualnie eliminujących, jeśli była taka potrzeba. Jednostka antyterrorystyczna, utworzona w 1980 r. na odizolowanej farmie w Vlakplaas, oddalonej o ok. 30 km od Pretorii, wkrótce uwikłała się w zamachy bombowe, podpalenia, porwania i zabójstwa. Ciągłe potyczki między partyzantami ANC a rządem wkrótce przekształciły się w konflikt regionalny. Od 1980 r. ANC wyznaczał coraz bardziej ambitne cele: niszczył zbiorniki paliwa i instalacje przemysłowe, wystrzeliwał rakiety w kierunku baz wojskowych, a nawet zbombardował wyposażenie elektrowni atomowej. W 1983 r. atak bombowy przy użyciu samochodu-pułapki na budynek wojskowy w Pretorii zabił 16 osób, a ponad 200 odniosło rany. Był to największy akt sabotażu w całej historii RPA.

Rząd odpowiedział państwom sąsiedzkim w swoim stylu: szantażem militarno-ekonomicznym. W ten sposób chciał je zmusić do podporządkowania się swojej woli i wypędzenia ANC z ich terytoriów. Głównym celem stał się Mozambik. Wywiad wojskowy RPA w swoich bazach w Transwalu szkolił, zbroił i zawiadywał mozambickimi rebeliantami RENAMO, których przejął od rodezyjskiego wywiadu w 1980 r. Następnie wysłał ich przez granicę, gdzie specjalizowali się w licznych akcjach sabotażowych i zastraszaniu miejscowej ludności. Rebelianci RENAMO atakowali ANC w samym Maputo. Mozambik został także poddany presji ekonomicznej. Komandosi zaatakowali też rezydencję ANC w Maseru, stolicy Lesotho oraz podjęły próbę zlikwidowania premiera tego kraju. W 1982 r. zostały zbombardowane placówki ANC nawet w Londynie. W Angoli, siły RPA wznowiły wsparcie dla Jonasa Savimbi i jego rebeliantów UNITA. Armia RPA weszła 40 km w głąb Angoli, często też dokonywała ataków na bazy partyzantów SWAPO na terytorium Namibii.

Sąsiedzi RPA, dużo słabsi ekonomicznie i militarnie, nie byli w stanie wytrzymać tej presji i ulegali jej żądaniom. W 1982 r. Swaziland podpisał z Pretorią tajny układ o bezpieczeństwie i usunął członków ANC ze swojego terytorium. W 1983 r. objęte blokadą Lesotho zgodziło się z kolei na wygnanie dużej liczby członków ANC. Również Mozambik doszedł do wniosku, że nie ma innego wyjścia, jak tylko ulec żądaniom potężnego sąsiada. Stojąc w obliczu katastrofy gospodarczej spowodowanej suszą, cyklonami, powodzią, wieloletnim złym kolonialnym zarządzaniem gospodarką, jak też spustoszeniem dokonanym przez partyzantów RENAMO, prezydent Machel zaapelował o pomoc Sowietów. Kiedy pomoc ta nie nadeszła, zwrócił się z prośbą o wsparcie do USA, obiecując im pomoc w ułożeniu stosunków z RPA. W marcu 1984 r. na granicy Mozambiku z RPA, Machel i Botha podpisali układ o dobrym sąsiedztwie, na mocy którego RPA obiecała wstrzymanie pomocy dla RENAMO, a Mozambik – dla ANC. W ciągu kilku następnych tygodni Mozambik wydalił ok. 800 członków ANC, pozwalając jedynie na pozostawienie kilkuosobowej misji. ANC, pozbawiony najważniejszych pozycji frontowych, musiał teraz kierować operacjami ze swojej siedziby głównej w zambijskiej Lusace, oddalonej setki kilometrów od linii frontu. Tymczasem RPA nadal potajemnie wspierała RENAMO. Na froncie angolskim oba kraje w 1984 r. podpisały zawieszenie broni: RPA wycofała swoje wojska z Angoli, a rząd angolski zobowiązał się powstrzymać partyzantów SWAPO od przekraczania granicy z Namibią. Stosowana przez Bothę manifestacja siły mająca na celu poskromienie krnąbrnych sąsiadów, zdobyła dużą popularność w kręgach białego elektoratu. Jednakże jej triumf okazał się krótkotrwały.

Na początku lat 80-tych rozpoczęła się nowa faza oporu ludności czarnoskórej przeciw apartheidowi. Ruch świadomości Afrykanów, na który skierował się cały impet represji rządowych, zaczął podupadać. Tymczasem odrodziło się zainteresowanie ANC. Po części było to spowodowane działalnością partyzantów ANC, których wielu wywodziło się spośród byłych działaczy studenckich z Soweto. Przenikali oni do Afryki Południowej z obozów szkoleniowych za granicą. Coraz więcej czarnoskórych reprezentowało stanowisko, że zasadnicze zmiany mogą się dokonać jedynie poprzez rewolucję. Przekonywującym przykładem było zwycięstwo w sąsiedniej Rodezji Roberta Mugabe, który przez wiele lat prowadził działalność partyzancką. W całym kraju mnożyły się liczne organizacje obywatelskie, podnoszące takie kwestie, jak warunki mieszkaniowe ludności. Radykalne gazety, ukazujące się w Kapsztadzie, Pretorii i w innych miastach, wspierały żądania tych społeczności. Wśród działań podejmowanych w tym czasie znalazła się też petycja, domagająca się zwolnienia Mandeli z więzienia. Przez okres 15 lat zainteresowanie losem Mandeli prawie całkiem wygasło. Rząd starał się wymazać go ze świadomości publicznej, zakazując publikowania jego przemówień i fotografii. Stał się postacią niemal całkowicie zapomnianą. Na początku lat 70-tych, jak sam napisał w swoim pamiętniku, kiedy jeszcze nie było widać śladu pęknięcia w systemie apartheidu, on i jego współwięźniowie z Robben Island z trudem powstrzymywali się od pogrążenia się w rozpaczy. Jednakże po rewolcie w Soweto i na skutek późniejszych represji protest przeciwko apartheidowi przybrał na sile w kraju i za granicą. Uwięziony Mandela stał się wówczas dla opozycji potężnym symbolem. W marcu 1980 r., ukazująca się w Soweto gazeta „The Post”, rozpoczęła akcję żądającą jego uwolnienia, zamieszczając duży nagłówek: „Uwolnić Mandelę”.

Dla wielu ludzi wydawał się on postacią z odległej przeszłości. Jednak akcja ta zawładnęła wyobraźnią publiczną i zaskarbiła sobie sympatię białych studentów uczelni wyższych, liberalnych polityków oraz wielu organizacji ludności czarnoskórej w RPA. Znalazła też wsparcie w światowej opinii publicznej. Miliony ludzi, którzy popierali kampanię za granicą, miały blade pojęcie o tym, kim jest Mandela. Jego pobyt na Robben Island wkrótce urósł niemal do rangi mitycznego. Posypały się nagrody rządów, uniwersytetów i miast, jego imieniem nazywano ulice, komponowano o nim piosenki. W odpowiedzi na tę kampanię Botha nazwał Mandelę zatwardziałym marksistą, oddanym sprawie brutalnej rewolucji, który powinien dalej odbywać karę dożywotniego więzienia. Kiedy żądania uwolnienia Mandeli nie ustawały, w 1982 r. rząd zdecydował o przeniesieniu go z Robben Island do więzienia Pollsmoor na stałym lądzie, w pobliżu Kapsztadu. Sama wyspa Robben Island stała się częścią legendy, którą rząd usilnie starał się zniszczyć. Nie wyobrażam sobie, by będąc w Kapsztadzie nie zobaczyć więzienia i celi Mandeli na Robben Island. Bardzo do tego zachęcam. Jednakże ranga Mandeli nadal rosła. Reporterzy, którzy do niego jakoś dotarli, mówili o nim jako o człowieku cieszącym się olbrzymim autorytetem i mającym wielkie wpływy, nadal prężnym mimo 20 lat więziennego życia.

Tymczasem plany Bothy dotyczące zmian konstytucyjnych uruchomiły narodową kampanię przeciwko apartheidowi. W 1983 r. koalicja ponad 300 organizacji – grup kościelnych, stowarzyszeń obywatelskich, związków zawodowych i zrzeszeń studenckich utworzyła Zjednoczony Front Demokratyczny (UDF – United Democratic Front), sprzeciwiający się owym zmianom konstytucyjnym. Była to największa w ciągu niemal 30 lat manifestacja publicznego oporu przeciwko apartheidowi. Przekraczając podziały klasowe i rasowe, UDF domagał się zjednoczonej i demokratycznej RPA, bez żadnych homelandów i bez poszatkowanych obszarów przy odrzuceniu użycia siły. UDF w istocie był wewnętrznym skrzydłem ANC. Przez cały 1984 r. rosło napięcie w społeczności czarnoskórych. Recesja gospodarcza, o wiele bardziej głęboka od tych, jakich RPA doznała w ciągu ostatnich 50 latach, pozbawiła pracy tysiące ludzi. Szalała inflacja, przyczyniając się do obniżenia standardów życia ludności czarnoskórej. Obszary wiejskie nawiedziła katastrofalna susza. Znowu ożywiły się grupy studenckie, protestując przeciwko niskiemu poziomowi edukacji. Wybory koloredzkich i hinduskich reprezentantów do nowego, trzyizbowego parlamentu, jeszcze bardziej podgrzały atmosferę. Niska frekwencja wyborcza była wyrazem masowego niezadowolenia z nowej konstytucji. Oburzenie Afrykanów z powodu wykluczenia ich z parlamentu sięgnęło zenitu. Nowy system rządów lokalnych dla zamieszkanych przez Afrykanów przedmieść również wywołał powszechny opór. Podwyżki czynszu, mające na celu pomoc w finansowaniu nowo utworzonych rad miejskich, wywołały ostre protesty. Miejscowi radni, wybrani przy niskiej frekwencji, byli potępiani jako pachołki władzy i kolaboranci.

We wrześniu 1984 r. ponownie wybuchły zamieszki. Początkowo akty przemocy zdarzały się sporadycznie i były wyrazem narastającego poczucia krzywdy. Z czasem jednak zaczęły przybierać na sile, przenosząc się z jednego obszaru na drugi i stopniowo przyciągając coraz większą liczbę ludności miejskiej. Na ich czele stały grupy czarnoskórej młodzieży zdecydowanej zniszczyć system i gotowej stawić czoła uzbrojonej policji oraz żołnierzom przy użyciu kamieni, proc i butelek z benzyną. Wielu z nich uważało się za bojowników rewolucji i wierzyło, że jest ona w zasięgu ich rąk. Do walki przyłączyli się studenci, po raz kolejny opuszczając sale wykładowe. Posługiwali się hasłem „Wyzwolenie przed Wykształceniem”. Rewolta na przedmieściach nie była jednak wyłącznie „wojną dzieci”, jak to miało miejsce w 1976 r. Tym razem powstanie było częścią ruchu ludowego, obejmującego całe społeczności – rodziców, nauczycieli, robotników, duchownych i kobiety. Również cele czarnoskórych działaczy nie ograniczały się do rozwiązywania pojedynczych problemów. Teraz chodziło o obalenie apartheidu, co jasno było formułowane.

Wezwani przez ANC na uchodźstwie do wzniecenia „wojny ludowej” i do uczynienia przedmieść niemożliwymi do opanowania przez siły rządowe, młodzi protestujący wymuszali bojkot konsumpcyjny, organizowali strajki z powodu podniesionych czynszów, atakowali budynki rządowe, ustanowili sądy ludowe oraz urządzali polowania na kolaborantów (radnych, miejscowych policjantów i innych wspierających apartheid). Wsławili się specyficzną metodą zabijania: oblewali oponę benzyną, zarzucali ją na szyję ofiary i podpalali. Rząd odpowiedział demonstracją siły, wysyłając do przedmieść wojska i oddziały szturmowe policji. Poza odwołaniem się do represji i wysłaniem policyjnych szwadronów śmierci, Botha nie miał jasnej strategii uporania się z zamieszkami. Był gotów do złagodzenia systemu apartheidu, np. poprzez zniesienie prawa o paszportach, ale tylko wtedy, gdy to nie ograniczałoby władzy białych i ich przywilejów.

Powtarzające się codziennie sceny gwałtownych protestów i represji rządowych pokazywały stacje telewizyjne całego świata. Wywołało to falę międzynarodowego potępienia. Pojawiły się żądania podjęcia odpowiednich kroków przeciwko rządowi Bothy, aby zmusić go do przeprowadzenia gruntownych reform i do rozpoczęcia negocjacji z przywódcami czarnoskórych, w tym także z Mandelą. Przestraszeni inwestorzy zagraniczni zaczęli pozbywać się południowoafrykańskich akcji. Banki amerykańskie zdecydowały się przerwać negocjacje w sprawie pożyczek, wywołując reakcję łańcuchową, która pogrążyła RPA w ostrym kryzysie finansowym. Fala potępienia była tak silna, że nawet konserwatywni przywódcy zachodni, jak Ronald Reagan czy Margaret Thatcher, wcześniej zdecydowanie przeciwstawiający się nałożeniu na RPA sankcji, musieli zaakceptować cały pakiet środków przymusu. Czołowi biali biznesmeni, zaniepokojeni niekończącą się falą gniewu czarnych, nieudolnością rządu, brakiem nowych inwestycji, kryzysem finansowym i międzynarodowymi sankcjami, przyłączyli się do krytyki niepowodzeń rządu we wprowadzaniu niezbędnych reform i domagali się szybkiego działania, w tym uwolnienia Mandeli.

W odpowiedzi Botha podjął próbę zlikwidowania wszelkich przejawów oporu ze strony ruchów czarnoskórych. Rada Bezpieczeństwa państwa nakazała dowódcom sił bezpieczeństwa „identyfikować i eliminować rewolucyjnych przywódców, zwłaszcza tych charyzmatycznych” i zniszczyć ich organizacje, posługując się wszelkimi dostępnymi środkami zarówno jawnymi jak i tajnymi.

Pod przykrywką ogłoszonego w 1986 r. stanu wyjątkowego, armia otaczała całe przedmieścia i wdzierała się do szkół. Wkrótce więzienia zapełniły się przywódcami lokalnych społeczności, działaczami związkowymi, osobami związanymi z Kościołem, studentami i innymi opozycjonistami wobec apartheidu. Media objęto surową cenzurą. Botha oświadczył, że RPA nikomu nie ulegnie i jest przygotowana na rozwiązanie problemu. Jego taktyka odnosiła chwilowe sukcesy. Po aresztowaniach tysięcy osób, w grupach opozycyjnych zapanował nieład, a grupy młodzieżowe utraciły swoją energię. Czarnoskórzy przywódcy, którym udało się uciec z łapanki, zostali zmuszeni do zejścia do podziemia i nierzadko mieli trudności w kontaktowaniu się ze swoimi zwolennikami. Nieskoordynowane zamieszki na przedmieściach nie mogły być bowiem skutecznym środkiem wymuszającym zmiany. Obszary zamieszkiwane przez białych wyszły z tych rozruchów niemal bez szwanku. Po 2 latach zmagań okazało się jedynie, że ruch opozycyjny czarnoskórych ciągle jeszcze nie może skutecznie rywalizować z rządem. Problem polegał na tym, że zachowanie status quo też nie było żadnym rozwiązaniem, RPA nie miała skutecznej strategii politycznej, stąd czekała ją perspektywa dalszych zamieszek.

Pozostając wciąż w więzieniu w Pollsmoor, Mandela kilka razy podejmował próby pertraktacji z rządem, proponując spotkanie z Bothą, co mogłoby przełamać krytyczną sytuację bez wyjścia, w jakiej znalazła się RPA. Botha zignorował te starania. W odpowiedzi na wezwania do uwolnienia Mandeli, oświadczył, że mógłby to uczynić tylko wtedy, kiedy wyrzekłby się on aktów przemocy. Stanowczo odmawiał rozpoczęcia rozmów z ANC. Zapewnił jednak, że warunki pobytu Mandeli w więzieniu znacznie się poprawiły. W Wigilię Bożego Narodzenia 1986 r. Mandela po raz pierwszy od 24 lat zaznał na chwilę smaku wolności: pracownik więzienia zabrał go na przejażdżkę wokół Kapsztadu. Potem były kolejne wycieczki. Odwiedził nawet dom jednego ze swoich strażników więziennych, spotkał się z jego żoną oraz dziećmi. Tylko kilku zaufanych pracowników więzienia i strażników wiedziało o tych potajemnych podróżach. Nie wyciekło na zewnątrz ani jedno słowo na ten temat. Trudno też było go rozpoznać. Był teraz szczupłą, siwowłosą, starszą osobą z licznymi zmarszczkami z lekko melancholijnym spojrzeniem. Mimo obaw jego więziennych kolegów, Mandela nadal podejmował starania o nawiązanie dialogu z rządem. Powtarzał, że nie jest zainteresowany wyjściem na wolność, dopóki nie będzie to częścią innych posunięć, obejmujących zniesienie zakazu działalności ANC. W 1988 r., dwa lata po pierwszych podejściach Mandeli, rząd zgodził się na utworzenie tajnego komitetu, który miał rozpatrzyć z jego udziałem szereg kwestii reform politycznych kraju. Te dyskusje trwały kilka miesięcy. Zaprezentowane przez Mandelę rozumienie problemów kraju, a w szczególności jego znajomość i zrozumienie Afrykanerów, zrobiły na wysokich rangą urzędnikach rządowych wielkie wrażenie. Jednakże sam Mandela stawał się coraz bardziej zniecierpliwiony brakiem jakichkolwiek istotnych wyników rozmów. Dlatego zażądał bezpośredniej rozmowy z Bothą.

W końcu do takiego spotkania doszło 5 lipca 1989 r. W największej tajemnicy przewieziono Mandelę z więzienia w pobliżu Paarl, do podziemnego garażu pod Tuynhuys w holenderskim dworku, rozciągającym się wzdłuż budynku parlamentu w centrum Kapsztadu, który pełnił rolę oficjalnej rezydencji Bothy. Pomny jego złej sławy, Mandela spodziewał się zobaczyć ponurą i kłótliwą osobistość. Jednak, kiedy wkroczył do gabinetu Bothy, ten zbliżył się ku niemu z przeciwnej strony pokoju z wyciągniętymi rękoma i szerokim uśmiechem. Mandela tak wspominał powitanie z Bothą w swoich pamiętnikach: „Doprawdy czarujący człowiek, niezmiennie uprzejmy i przyjazny. Zrobiło na mnie wrażenie to, że sam podawał herbatę”. Ich rozmowa nie wykraczała zbytnio poza dyskusję na temat historii oraz kultury Afryki Południowej i trwała pół godziny. Kiedy kilka dni później wiadomość o tym spotkaniu przeciekła na zewnątrz, słusznie nazwano je wizytą kurtuazyjną. Symboliczne znaczenie spotkania Bothy z więźniem, którego dotychczas nazywał komunistycznym terrorystą, miało jednak swoją wagę. Jednakże Botha ani na krok nie przybliżył się do podjęcia najważniejszej decyzji w sprawie reform politycznych, co Mandela uważał za rzecz zasadniczą. Botha nigdy tej sprawy nie brał na poważnie. Po 6 tygodniach i miesiącach utarczek z innymi członkami rządu, Botha zrezygnował z pełnionej funkcji p[remiera a następnie prezydenta.

Następca Bothy, Frederik de Klerk, obejmując urząd prezydenta we wrześniu 1989 r., zaczął od oceny sytuacji, w jakiej znalazła się RPA. Ponad 40 lat władzy Partii Narodowej przyniosło białej ludności potęgę i dobrobyt. Szczególnie dobrze powodziło się społeczności Afrykanerów. Spełniły się w końcu jej ambicje zdobycia bogactwa, dobrych zawodów i potęgi gospodarczej. Rząd wciąż był w stanie bronić systemu apartheidu. Dysponował środkami służącymi totalitarnej kontroli i często je stosował. W utrzymywaniu tego systemu opierał się na znaczącej liczbie sprzymierzeńców, wywodzących się ze społeczności czarnoskórych: na rządzących w homelandach, miejskich politykach i grupach straży obywatelskiej. Mimo niesławy, jaką okryła się RPA na całym świecie, nie groziło jej żadne poważne niebezpieczeństwo międzynarodowe: sankcje były wprawdzie kosztowne, ale niezbyt szkodliwe. Na szczeblu regionalnym hegemonia RPA nad południową Afryką pozostała nienaruszona. Pod przywództwem Gorbaczowa, Związek Sowiecki wyraźnie zapowiedział wycofanie się z konfliktów regionalnych, przede wszystkim w Angoli i Mozambiku. W tej pierwszej wycofywane były stopniowo wojska kubańskie w zamian za zgodę RPA na niepodległość Namibii. Sowieci zmniejszyli także skalę swojej pomocy dla Mozambiku i komunistów z FRELIMO. W 1989 r. niedawni komuniści wyrzekli się ideologii państwa marksistowskiego i opowiedzieli za wielopartyjną demokracją. Zatem w ciągu kilku miesięcy syndrom totalnego zagrożenia komunizmem przez sąsiadów, który dominował myślenie rządu RPA przez cały okres panowania Bothy, zaczął odchodzić w niepamięć. Ponadto upadek panowania komunistów w Europie Środkowo-Wschodniej w 1989 r. pozbawił ANC jednego z głównych źródeł pomocy finansowej, logistycznej i wojskowej. Obawa, że ANC mógłby być wykorzystany jako koń trojański dla forsowania sowieckich interesów, stała się bezprzedmiotowa.

De Klerk szybko zrozumiał wielką wagę strategiczną tych wydarzeń. Chociaż był zagorzałym obrońcą apartheidu, dumnym z osiągnięć polityki „oddzielnego rozwoju”, w istocie należał do pragmatyków, przede wszystkim zdecydowanych na ochronę interesów Afrykanerów. Jego doradcy ostrzegali go, że unowocześniona forma apartheidu, za którą się opowiadał, nie zda egzaminu. Jeśli biali mają zachować władzę i przywileje, z których korzystali przez tak długi okres, potrzebne są bardziej fundamentalne zmiany. Bez przeprowadzenia gruntownych reform systemowych nasiliłby się bowiem opór ludności czarnoskórej. Los sąsiedniej Rodezji, gdzie Ian Smith odrzucał wszystkie propozycje reform, uwikłał się w 7-letnią wojnę partyzancką, po czym wynegocjował spóźnione rozwiązanie, które doprowadziło do powstania marksistowskiego rządu, dostarczył przekonującego przykładu. De Klerk nie chciał popełnić tego samego błędu. Tajne rozmowy Mandeli z przedstawicielami rządu przekonały ich, że jest on człowiekiem, z którym biały establishment może się dogadać.

Większość białej ludności opowiedziała się za zmianami. Nowe pokolenie białych obywateli RPA nie godziło się na traktowanie ich przez resztę świata jak pariasów, podlegających bojkotom podczas imprez sportowych, ograniczeniom podróżowania, sankcjom handlowym i wrogim komentarzom. Biznesmeni zdecydowanie opowiadali się za bardziej stabilnym systemem politycznym, który wspomagałby wzrost gospodarczy i uwolnił Afrykę Południową od kosztów nałożonych sankcji. Pomyślność gospodarcza stawała się dla RPA ważniejsza od podziałów rasowych. Podobnie jak inne białe społeczności Afryki, uznali oni w końcu, że najważniejsza jest władza ekonomiczna, a mniej polityczna. Dalsze zachęty pochodziły od zachodnich rządów. Z kolejnych stolic napływały te same wskazówki dla de Klerka: należy znieść zakaz działalności ANC, uwolnić Mandelę oraz innych więźniów politycznych i rozpocząć rozmowy. Po analizie rachunku zysków i strat, de Klerk doszedł do wniosku, że oto nadarza się dobra okazja ku temu, że jeśli da się słabo zorganizowanej i źle przygotowanej do pokojowego istnienia ANC wolność działania, ta szybko pogrąży się w chaosie. Pozwoli to rządowi na utworzenie nowego przymierza z konserwatywnymi organizacjami czarnoskórych. Ponadto wyobrażał sobie, że rząd dysponuje taką przewagą siłową, iż będzie zdolny do przeforsowania warunków każdego porozumienia.

Mimo oznak prawicowego sprzeciwu i poważnych obaw służb bezpieczeństwa, de Klerk podjął stanowczą decyzję. 2 lutego 1990 r., w spokojny i pewny sposób ogłosił w parlamencie w Kapsztadzie, że znosi zakaz działalności ANC i uwalnia Mandelę. „Nastał dla nas czas, abyśmy przerwali błędne koło przemocy i skierowali się ku pokojowi i pojednaniu”, oświadczył, po czym zarysował nowe cele, do realizacji których będzie dążył jego rząd. Znalazło się wśród nich uchwalenie nowej konstytucji i powszechnego prawa wyborczego. W ten sposób de Klerk został grabarzem apartheidu. Odważne reformy de Klerka wprowadziły RPA na całkowicie nową drogę rozwoju. W walce między białymi a czarnoskórymi, najważniejszym problemem była zawsze władza polityczna. Żadna z reform dotychczas wprowadzonych w życie przez Partię Narodową nawet nie przybliżyła kraju do rozwiązania tego problemu. Teraz, w jednej chwili de Klerk zgodził się na przyjęcie zasady: jedna osoba, jeden głos. Tak otworzył drogę do wprowadzenia jej w życie. 11 lutego 1990 r. Mandela wyszedł z więzienia, trzymając pod rękę swoją żonę Winnie, po czym skierował się ku oczekującym go tłumom zwolenników i licznym dziennikarzom z całego świata. Była to podniosła chwila wyzwolenia, której atmosferę można było poczuć na całym świecie. 

Jak to zwykle bywa w historii, o istotnych wydarzeniach zmieniających los świata decydują często wybitne jednostki. RPA miała szczęście do takiej jednostki. Mandela w przeciwieństwie do wielu afrykańskich bojowników o emancypację i wyzwolenie swoich obywateli przeszedł niezwykle długą i zupełnie niepowtarzalną metamorfozę. Pobliska Rodezja (dzisiaj Zimbabwe) jest przykładem skrajnie różnym, gdzie bohater walki o niepodległość przepoczwarzył się w bezwzględnego i okrutnego autokratę (https://www.thetravelingeconomist.com/post/zimbabwe) doprowadzając gospodarkę kraju w czasie swoich stanowczo zbyt długiego panowania do zupełnej ruiny. Inne kraje afrykańskie też miały swoje problemy z autokratyzmem swoich niedawnych bohaterów, którzy na długie lata wstrzymali ich realny rozwój. Mandela był inny. Na początku swojej kariery w latach 40-tych XX w., kiedy wstąpił do ANC, a później w latach 50-tych, kiedy już nim kierował, głosił wtedy poglądy, że z białymi trzeba negocjować i w ten sposób poprawiać byt czarnych. Poglądy swoje zmienił po masakrze w Sharpeville (1960) i delegalizacji ANC. Zdecydował się przełamać zaszczepiony Afrykanom kompleks niższości wobec białych i dążył do szybkiego wyzwolenia ludności tubylczej, tworząc m. in. zbrojne ramię ANC. Mimo, że zbrojne działanie tego ugrupowania pod przywództwem Mandeli miało wyłącznie charakter sabotażowy, nakierowany na obiekty infrastrukturalne (nie było ataków na białych mieszkańców), został skazany na dożywocie. Idąc do więzienia był jednym z najbardziej radykalnych przywódców afrykańskich, kiedy mówił, że z „białymi nie można rozmawiać, białych należy zabijać”. 

Jeszcze w 1989 r. ówczesny prezydent RPA Pieter Botha odwiedził uwięzionego Mandelę, widząc w nim lidera, który nie mogąc przez wiele lat prowadzić działalności politycznej będzie właściwą osobą nie do likwidacji apartheidu, ale do jego modyfikacji. Na to zgody Mandeli nie było. Siedząc większość swojego życia w więzieniu Mandela z radykała stał się apostołem miłości, ale też przekonał się, że ani metody pokojowego nacisku, ani militarnego, który ANC prowadził, ani też naciski międzynarodowe nie są w stanie złamać oporu białych. Jeżeli tak, to należy z białymi rozmawiać i negocjować, zwłaszcza, że już w latach 80-tych obserwował, jak kruszał system apartheidu.

Podczas gdy świat był przekonany, że Mandela po wyjściu z więzienia skupi się na cierpieniu i krzywd, których zaznał, on sam opowiadał o sile przywiązania do demokracji, która podtrzymywała jego i współtowarzyszy na duchu. Bez względu na to, ile on sam wycierpiał, nigdy nie stracił z pola widzenia celu, jakim była pozbawiona rasizmu demokracja w jego ojczyźnie. Wierzył, że z czasem przestaną się jej obawiać także biali. Dawał innym przykład, który miał ogromne znaczenie. Oto po 27 latach spędzonych w więzieniu, Mandela ciągle jeszcze był gotów zabiegać o pojednanie. Przykład jego postawy osłabiał żądania tych, którzy opowiadali się za rewanżem i odwetem. Szlachetność jego ducha wywierała także silny wpływ na białych przeciwników. W dużym stopniu mu ufali, co legło u podstaw politycznego rozwiązania napiętej sytuacji.

Powrót do domu nie zapewnił mu szczęścia osobistego. Wybuchł ogromny skandal z powodu kryminalnej działalności jego żony Winnie. Niegdyś była ona ikoną walki o wyzwolenie czarnych, ale z czasem stanęła na czele znanego gangu o ciekawej nazwie Zjednoczonego Klubu Piłki Nożnej im. Mandeli., który w latach 80-tych terroryzował dzielnice Soweto. Co więcej, Winnie nie była zainteresowana życiem rodzinnym z Nelsonem. Po jego powrocie do domu w Soweto porzuciła go i odeszła z kochankiem o połowę od niej młodszym, ostentacyjnie obnosząc się tym związkiem. Dlatego będąc u szczytu popularności i sławy, Mandela często borykał się z samotnością i samotnie spędzał wieczory.

Trzeba było 2 lat przymiarek i utarczek, zanim rozpoczęły się wielopartyjne negocjacje w sprawie przyszłości RPA. Tyle też trwało, zanim osiągnięto porozumienie w kwestii tymczasowej konstytucji, torującej drogę do wyborów ogólnonarodowych. Wielokrotnie dochodziło do sytuacji, kiedy wydawało się, że wszystkie starania zakończą się niepowodzeniem. Konkurujące ze sobą stronnictwa walczyły o wpływy, a RPA wstrząsały znów długotrwałe rozruchy. Między partią Inkatha, nacjonalistycznym ruchem Zulusów pod przywództwem Butheleziego, ANC Mandeli, wybuchła mała wojna tocząca się w homelandzie KwaZulu i w Natalu, która szybko rozprzestrzeniła się na zamieszkałe przez ludność czarnoskórą przedmieścia Witwatersrandu, centrum przemysłu RPA. Niektóre oddziały sił bezpieczeństwa wspomagały i podszczuwały Inkathę, by w ten sposób nie dopuścić ANC do władzy. Masakry dokonywane przez jedną czy drugą stronę stały się powszechnym zjawiskiem. Obie strony posługiwały się szwadronami śmierci. Jedna z uzbrojonych grup sprzeciwiających się negocjacjom, obrała białych cywili za cel swych ataków. Z kolei prawicowe, paramilitarne organizacje białych, zmierzające do utworzenia afrykanerskiego „volkstaat”, zorganizowały własne, samozwańcze oddziały obywatelskie i zagroziły wysadzeniem w powietrze całego procesu negocjacji.

Mimo tego chaosu, co jeszcze bardziej zaskakuje, również biała mniejszość, w tym konserwatywni potomkowie holenderskich Burów mieli dosyć apartheidu, bojkotu RPA na arenie międzynarodowej, nie tylko w polityce, ale też we wszystkich innych dziedzinach życia (kultura, sport). W referendum w 1992 r. aż 68% białych głosowało za powrotem demokracji i likwidacją apartheidu. To był gigantyczny sukces i wielkie moralne zwycięstwo Mandeli, który stał się najpóźniej wtedy sumieniem całej Afryki. Ale Mandela zrozumiał też najważniejszą rzecz, która sprawiła, że po upadku apartheidu RPA nie pogrążyła się w totalnym chaosie i nie podzieliła losu swojego sąsiada Zimbabwe: bez białych nie da się rządzić RPA. Po wyjściu z więzienia Mandela stał się partnerem de Clerka w rozmowach o przeprowadzeniu pokojowych zmian i transformacji systemowej RPA bez uciekania się do rewolucji rasowej, za co obydwaj jak najbardziej słusznie otrzymali w 1993 r. Pokojową Nagrodę Nobla. Wielokrotnie Mandela i de Klerk spierali się o to, kto odpowiada za akty przemocy. Publiczna i prywatna wymiana zdań stawała się być coraz bardziej zjadliwa. Nawet po otrzymaniu Nobla ciągle widoczne było napięcie między nimi. Wybierając ich na Ludzi Roku 1993, magazyn Time odnotował, że „wzajemne rozgoryczenie i uraza między de Klerkiem i Mandelą są nad wyraz widoczne” i zadawał retoryczne pytanie: „Jak ci dwaj mogli się na cokolwiek zgodzić, na przykład na wspólny obiad, a co dopiero mówić o przemodelowaniu narodu?”. Jednakże politycznie Mandela doskonale rozumiał, jak ważną postacią jest de Klerk dla całościowego rozwiązania problemu. Do swych gości na prywatnym przyjęciu Mandela powiedział: „Moim najgorszym koszmarem byłoby to, że się obudzę i nie ma przy mnie de Klerka. Potrzebuję go. Nie ma to znaczenia, czy go lubię, czy też nie. Potrzebuję go”.

26 kwietnia 1994 r. doszło do pierwszych powszechnych wyborów parlamentarnych w RPA. Dokonała się rzecz, która do niedawna wydawała się niemożliwa: wybory wygrał ANC, a Mandela został pierwszym czarnoskórym prezydentem RPA. Miliony obywateli RPA ruszyły do urn wyborczych – wspólnie czarnoskórzy, jak i biali. Wielu pieszo przemierzało całe kilometry, aby dotrzeć do lokali wyborczych, przed którymi ustawiały się długie kolejki. Wszyscy zachowywali cierpliwość i spokój. Kiedy wracali do domu po oddaniu głosów, mieli głębokie poczucie spełnienia obywatelskiego obowiązku. Nie dlatego, że uczestniczyli w wyborze nowego rządu, ale dlatego, że skorzystali z prawa, którego odmawiano większości mieszkańców RPA przez tak długi czas. Kiedy wyborcy wychodzili z lokali wyborczych, mówili, że ich godność została przywrócona. W czasie wyborów RPA była bardziej spokojna niż przez wiele minionych lat. Przemoc nagle ustąpiła. Pokój zapanował nawet na bitewnych polach w KwaZulu-Natalu, gdzie walki na tle politycznym pochłonęły ponad 10 tys. ofiar. W Witwatersrandzie członkowie rywalizujących frakcji stali w tych samych kolejkach, wspólnie narzekając na duże opóźnienia. Również dla wielu białych doświadczenia wyborcze były tak samo wzruszające, jak i dla czarnoskórych. Stojąc z nimi razem i czekając na oddanie głosu, mieli też poczucie własnego wyzwolenia. Dominowało poczucie ulgi, że przekleństwo apartheidu zostało wreszcie zniesione.

Znaczenie tego wydarzenia było szczególnie doniosłe, gdyż przez wiele lat wydawało się, że pokojowe zniesienie apartheidu nie było możliwe do osiągnięcia i że bardziej prawdopodobnym rozwiązaniem byłaby rewolucyjna wojna. Zwycięstwo ANC w wyborach z 1994 r. było w tym samym stopniu osobistym sukcesem Mandeli, jak też sukcesem ruchu, któremu przewodził. Mandela nigdy nie został zapomniany przez lud, w imieniu którego występował. To poświęcenie zostało należycie docenione w czasie wyborów. Dla ludności czarnoskórej wybory były przede wszystkim wyzwoleniem, uroczystością z okazji uwolnienia się spod jarzma białych. I to właśnie przywództwu Mandeli wielu przypisywało to wyzwolenie.

Samo przekazanie władzy dokonało się w atmosferze wzajemnej życzliwości. Zamykając okres 3 wieków panowania białych, de Klerk dobrał słowa zachęty, stosowne w takiej historycznej chwili: „Pan Mandela przebył długą drogę, a teraz stoi na samym szczycie wzgórza. Wybraniec losu dobrze wie, że za tym wzgórzem wznosi się następne i kolejne. Podróż nigdy się nie kończy. Gdy Pan Mandela rozmyśla nad kolejnym wzgórzem, wyciągam do niego rękę w przyjaźni i z obietnicą współpracy”. 19 maja 1994 r. był dniem inauguracji Mandeli na urzędzie prezydenta. Był to dzień największych uroczystości, jakie kiedykolwiek miały miejsce w RPA (lata później porównywalne miały miejsce w czasie pogrzebu Mandeli w 2013 r.). W Pretorii zgromadzili się dygnitarze z całego świata – głowy państw, członkowie rodzin królewskich i przywódcy rządów, reprezentujący ok. 170 krajów. Wszystko po to, aby uczestniczyć w południowoafrykańskim rytuale przejścia z jednego systemu do drugiego. Składając przysięgę, Mandela obiecał obywatelom RPA swoisty układ: „Zawieramy nowe przymierze mówiące o tym, że będziemy budować takie społeczeństwo, w którym wszyscy mieszkańcy naszego kraju, zarówno czarnoskórzy, jak i biali, będą mogli chodzić z podniesioną głową, bez strachu zalegającego w ich sercach, pewni swych niezbywalnych praw do zachowania ludzkiej godności. Zbudujemy wielobarwny naród, żyjący w pokoju w swym kraju i w pokoju ze światem zewnętrznym”.

Szczytowym momentem wysiłków Mandeli na rzecz pojednania narodowego był dla mnie rok 1995, kiedy RPA była gospodarzem Pucharu Świata w Rugby. Do tego sportu Afrykanerzy podchodzili niemal z religijnym namaszczeniem. Znaczna część czarnoskórej ludności uważała ten sport jednak za „grę burską”, czyli symbol dominacji białych. Mimo entuzjazmu białych, Mandela postanowił przekształcić ten turniej w wydarzenie o wymiarze narodowym. Udzielił ekipie Springbok (tak nazywa się narodowa ekipa rugby w RPA) swojego osobistego błogosławieństwa. Poza jednym wyjątkiem, drużyna składała się wyłącznie z białych. Następnie wezwał czarnoskórą ludność do pójścia za jego przykładem. „Adoptowaliśmy tych młodych ludzi jako naszych chłopców, nasze własne dzieci, nasze własne gwiazdy. Ten kraj za nimi szaleje. Nigdy nie byłem tak dumny z naszych chłopców, jak w tej chwili. Mam nadzieję, że wszyscy podzielamy to uczucie dumy”. W meczu finałowym między RPA a Nową Zelandią, kiedy obie drużyny wybiegły na boisko, na trybunie pojawił się Mandela. Miał na sobie zieloną koszulkę ze złotą szóstką, numerem kapitana drużyny RPA, a na głowie czapeczkę drużyny Springbok. Tłum, składający się w ogromnej większości z białych, oszalał z entuzjazmu i ekscytacji. Było to jedno z najbardziej intensywnych wydarzeń i pozytywnych emocji w historii RPA. Kiedy drużyna Springbok wygrała ten mecz, świętowała cała RPA. Czarnoskórzy cieszyli się tak samo, jak biali. Była to chwila zjednoczenia narodowego, którą w dużym stopniu zainicjował Mandela.

ANC zdominował życie polityczne RPA od końca ery apartheidu. Trudno ocenić jednoznacznie ten okres w historii kraju. Następca Mandeli Thabo Mbeki był wiernym kontynuatorem linii swojego wielkiego poprzednika, ale kolejny prezydent Jacob Zuma niewiele różnił się od innych wesołych głów państw afrykańskich. W dobie walki z Aidsem znany niekoniecznie ze wstrzemięźliwości seksualnej Zuma stwierdził, że nie używa środków antykoncepcyjnych jak porządny Afrykanin, ale za to po każdym stosunku z kobietą bierze gorący prysznic i to ma wystarczyć. Ciekawa rada w kraju, w którym co trzecia dziewczynka w wieku szkolnym jest zarażona wirusem HIV (czwarty najwyższy wskaźnik na świecie). W końcu jednak skandale korupcyjne zmusiły Zumę do odejścia w 2018 r. Jego następca Ramaphosa objął urząd w wyniku wyborów, które rządzący ANC wygrał z najmniejszą większością w historii (57%). Na scenie politycznej pojawiły się jednak radykalne ugrupowania lewackie z awanturniczymi postulatami, jak ten o wywłaszczeniu ziemi. Jedno z nich zdobyło w 2018 r. aż 10% głosów. Nie wróży to dobrze stabilizacji kraju i kontynuowaniu koncyliacyjnej i pragmatycznej linii politycznej Mandeli. W lipcu 2021 r. miały miejsce rozruchy uliczne po uwięzieniu Jacoba Zumy, oskarżanego o korupcję i pranie brudnych pieniędzy. Zginęło 30 osób, a prawie 800 aresztowano. Zamieszki rozlały się na Johannesburg, gdzie splądrowane zostały sklepy i podpalone galerie handlowe. Uwięzienie Zumy to ważny krok o stosowanie w RPA rządów prawa, a także kluczowe zwycięstwo dla Ramaphosy. Jednak te protesty to także poważny kryzys dla prezydenta i jego partii, gdyż musieli się oni zmierzyć z niepokojami społecznymi wywołanymi wysokim bezrobociem i kolejną falą pandemii Covid-19. Do zamieszek bowiem doszło w momencie, gdy RPA borykała się z kolejną, największą na kontynencie falą pandemii.

Południowa Afryka jest jedyną w Afryce gospodarką rozwiniętą o bardzo rozbudowanej i nowoczesnej infrastrukturze. Dysponuje bardzo dobrze rozwiniętym sektorem finansowym, stabilnym otoczeniem prawnym, świetnie rozwiniętą infrastrukturą energetyczną, telekomunikacyjną, systemem transportowym i największą w Afryce giełdą papierów wartościowych. Problemem tej gospodarki są przede wszystkim gigantyczne różnice w dochodach między poszczególnymi grupami ludności, wprawdzie spadł poziom ubóstwa, niemniej wzrosła dysproporcja dochodów, a przez to nierówności społecznych. Widać to wyraźnie po kształtowaniu się współczynnika Giniego, pokazującego właśnie nierówności społeczne. W pierwszych 20 latach po upadku apartheidu wzrósł on do jednego z najwyższych poziomów na świecie 0.70 z 0.66 (w stabilnych gospodarkach rynkowych ten wskaźnik kształtuje się na poziomie znacznie poniżej 0.30)! 3 dekady po upadku systemu segregacji rasowej przeciętne roczne przychody obywatela czarnoskórego są na poziomie zaledwie 15% przeciętnych przychodów białych. Przeciętne zarobki czarnoskórych wzrosły z R6 tys. (1993) do R10 tys. (2010), ale białych wzrosły w tym samym czasie z R29 tys. do R110 tys. Jeszcze dzisiaj 47% obywateli RPA żyje poniżej granicy ubóstwa, w tym 56% całej czarnoskórej populacji oraz zaledwie 2% białych. Walka z nierównościami społecznymi to największe wyzwanie rozwojowe dla tego kraju. Wymagać to będzie dalszych inwestycji publicznych, liberalizacji struktur rynkowych, łatwiejszego dostępu do kredytu dla MSP, interwencji państwa w układy taryfowe (widać, że sam rynek po 1994 r. nie poradził sobie z tym wyzwaniem, co grozić może niekontrolowanym wybuchem społecznego niezadowolenia) oraz realnych pomysłów na walkę z bezrobociem wśród młodych. Postrasistowska RPA nadal mierzy się z wyzwaniem integracji czarnej większości swojej populacji do swojego życia gospodarczego. Nie można powiedzieć, że w tej sprawie cel został osiągnięty. W międzyczasie pojawiło się wiele programów i regulacji nakierowanych na poprawę sytuacji ekonomicznej dotąd marginalizowanej większości (Black Economic Empowerment i jego kolejne wersje). 

Gospodarka RPA oparta jest na firmach prywatnych, ale państwo odgrywa w niej nadal dosyć istotną rolę (infrastruktura przemysłowa, koleje, porty). Historycznie ANC po przejęciu władzy chciał budować gospodarkę mieszaną z dużą rolą państwa opartą o znacjonalizowane górnictwo i sektor finansowy. Na szczęście niewiele z tego wyszło, rząd czarnej większości nie tylko nie nacjonalizował, ale kontynuował prywatyzację wielu firm kontrolowanych dotychczas przez państwo. Zdecydowano się na pragmatyczną politykę liberalizacji gospodarki utrzymywania zaufania inwestorów (przede wszystkim zagranicznych) i stwarzania dobrego klimatu inwestycyjnego. Po 2015 r. wzrost gospodarczy RPA jest dosyć rachityczny (między 0,8% a 1,3% PKB). Sytuacja w 2020 r. to obraz absolutnej katastrofy gospodarczej. Po wybuchu pandemii kraj znalazł się w lockdownie, co spowodowało w II kwartale 2020 spadek PKB aż o 16%. W całym 2020 r. PKB spadł o 6%. To mniej więcej tyle, ile w czasie światowego kryzysu finansowego w 2009 r. (spadek o 6,1%). Gospodarka cofnęła się zatem co najmniej o 10 lat do tyłu. RPA szybko jednak stanęła na nogi. W 2021 r. PKB wzrósł o 4,7%, a w 2022 r. o 1,9% (dane Banku Światowego). Makroekonomicznie gospodarka RPA jest w miarę zróżnicowana (dług publiczny do PKB wynosił 54,1% w 2022 r., a deficyt budżetowy wyniósł 4,9% PKB, czyli na poziomie bardzo zbliżonym do Polski).

RPA jest krajem o olbrzymim potencjale rozwojowym, ludność jest młoda, coraz lepiej wykształcona, kraj dysponuje idealnymi warunkami dla rozwoju rolnictwa (tereny uprawne stanowią ponad 75% powierzchni całkowitej, z tego większość to żyzne gleby), klimat jest wręcz idealny dla człowieka i przyrody. Nie sposób nie wspomnieć o atrakcyjności turystycznej RPA. Miejsc godnych rekomendacji jest cała masa. W ciągu kilku wizyt w RPA największe wrażenie na mnie zrobiło miasto Kapsztad - jedno z najpiękniej położonych miejsc na świecie, winnice przy Garden Route, gdzie można cofnąć się w przepięknych krajobrazach do epoki wiktoriańskiej, niesamowity Park Krugera oraz niesłychanie malowniczo położona Pretoria. Ciekawym polonikum jest też kościół Regina Mundi położony w Soweto. Po wybuchu powstania uczniów w 1976 r. wielu młodych ludzi schroniło się właśnie w tym kościele. Wojsko i policja ostrzelało świątynię, zginęło wtedy wiele dzieci, kościół został w czasie tej niespotykanej agresji zniszczony. W budynku można zobaczyć ślady walk, a przede wszystkim podziwiać piękne witraże. Wśród nich wyróżnia się jeden szczególny, który został podarowany przez J. Kwaśniewską w czasie wizyty w Johannesburgu w 1998 r. Witraż jest niezwykły: ukazana na nim Madonna, widziana z wnętrza kościoła ma biały kolor skóry, a od zewnątrz jest ciemnoskóra. W nocy jest na odwrót. Doprawdy warto to zobaczyć. O innym naszym rodaku Januszu Walusiu lepiej w RPA nie wspominać. W 1993 r., tuż przed końcem apartheidu zastrzelił on charyzmatycznego lidera partii komunistycznej Chrisa Haniego, zwiększając w ten sposób ryzyko zerwania pokojowych negocjacji znoszących segregację rasową. Na szczęście sytuacja została ustabilizowana. Na koniec jeszcze jeden cytat drugiego innego noblisty południowoafrykańskiego - laureata Pokojowej Nagrody Nobla z 1984 r. biskupa Desmonda Tutu, osoby niezwykle zasłużonej dla pojednania między białymi i czarnymi, ale też obrońcy praw osób LGBT, prześladowanych w Afryce: oskarżając Kościół anglikański o obsesję na punkcie homoseksualności dodał: "jeżeli Bóg, jak mówią, jest homofobiczny, nie oddawałbym mu uwielbienia". To tak ku uwadze tych, którzy w dzisiejszej Polsce twierdzą, że LGBT to nie ludzie, tylko ideologia. 











































































251 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Namibia

Erytrea