top of page

The Traveling Economist

Podróże okiem ekonomisty

05627c8f-b097-4592-8be1-e638b8d4b90d_edited_edited.jpg
Home: Witaj
Home: Blog2

Malawi

  • 1 dzień temu
  • 36 minut(y) czytania

Malawi nie jest państwem, o którym często się słyszy lub czyta. Mało jest osób, które bez problemów odnajdzie ten niewielki afrykański kraj na mapie, ja miałem to szczęście, by go odwiedzić. Ostatni raz Malawi wzbudziło szersze zainteresowanie polskich mediów, kiedy malawijski prezydent wprowadził prawo, które – przy odpowiedniej interpretacji – kryminalizowało puszczanie bąków w miejscach publicznych. Była to na tyle zaskakująca informacja, że można ją było usłyszeć w wieczornych dziennikach. Jednak o tym, że ten sam przywódca zmarł kilka miesięcy później w czasie pełnienia urzędu w środku swojej kadencji, media już raczej nie wspominały. Nie rozwodziły się także nad postacią jego następczyni.

Pierwszymi mieszkańcami terenów obecnego Malawi byli Buszmeni, którzy przybyli tu prawdopodobnie w I tysiącleciu p.n.e. Buszmenów zepchnęły na południe, napływające od VII w. n.e., ludy Bantu (na obszarze Malawi osiedliły się rolnicze ludy Malawi: Niandża, Czewa). W końcu XV w. powstała pod wodzą Karongi konfederacja plemion Malawi Marawi, która rozpadła się na początku XVIII w.; w XVIII i XIX w. istniały tu tylko luźne związki plemienne. Od XVII w. zaczęły się kontakty z arabskimi sułtanatami wybrzeża Afryki Wschodniej. W 1. połowie XIX w. przybyli na tereny Malawi: z południa hodowcy bydła — Ngoni, a z południowego wschodu rolnicy — Yao. W XVIII–XIX w. rozwijał się handel niewolnikami. 

Pierwszym Europejczykiem na obszarze obecnego Malawi był słynny szkocki podróżnik i misjonarz Dr. Livingstone, który w latach 1859–1863 badał te ziemie. W 1876 r. misjonarze szkoccy założyli osadę Blantyre. Pod koniec XIX w. swoje misje założyli też Holenderski Kościół Reformowany (z RPA) i Kościół katolicki. Terenami wokół jeziora Niasa interesowali się Brytyjczycy, którzy w 1891 r. utworzyli na obszarze obecnego Malawi protektorat Niasa (od 1907 r. kolonia). Brytyjczycy rozwinęli uprawę zbóż pod nadzorem Europejczyków, ale wśród ludności afrykańskiej panował głód ziemi, a Niasa stała się źródłem taniej siły roboczej dla sąsiednich krajów. W trakcie kolonizacji toczyły się walki z tubylcami, wywłaszczanymi z ziemi na rzecz brytyjskich osadników. W 1915 r. wybuchło powstanie antybrytyjskie, zdławione przez metropolię. W 1944 r. powstała pierwsza organizacja polityczna w Niasie — Afrykański Narodowy Kongres Niasy (NANC), z kolei w latach 1953–63 Niasa znajdowała się w składzie Federacji Afryki Centralnej (Federacja Rodezji i Niasy), będąc źródłem taniej siły roboczej dla Rodezji Południowej. W 1959 r. niepokoje wewnętrzne stały się przyczyną represji władz i delegalizacji NANC, którego kontynuatorką stała się Partia Kongresu Malawi (MCP) z Hastingsem Kamuzu Bandą na czele. W 1963 r., na żądanie MCP, Niasa uzyskała autonomię wewnętrzną (odtąd obowiązuje nazwa „Malawi”, nawiązująca do tradycji historycznej) i prawo do secesji z Federacji Rodezji i Niasy. 

Po rozwiązaniu Federacji, od 1964 r. Malawi stało się niepodległym państwem w ramach brytyjskiej Wspólnoty Narodów i członkiem ONZ, a od 1966 r. republiką. Prezydentem i szefem rządu został przywódca MCP – Kamuzu Banda. Faktycznie były to rządy dyktatorskie Bandy, który w 1971 r. ogłosił się dożywotnim prezydentem, a także przywódcą jedynej legalnej partii — MCP, był również szefem rządu i kilku ministerstw. Władza Bandy obejmowała nie tylko rządy polityczne i zarządzanie gospodarką kraju, ale wyznaczała nawet standardy moralne, do których przestrzegania wprost zmuszano ludność. W 1964 r., kilka tygodni po uzyskaniu niepodległości, w porywie gniewu zdymisjonował on ministrów, którzy odważyli się rzucić wyzwanie jego władzy, po czym uczynił na kolejne 3 dziesięciolecia Malawi swoim osobistym folwarkiem. Domagał się nie tylko posłuszeństwa, ale wręcz służalczości. Żaden inny przywódca afrykański, a było ich w historii kontynentu naprawdę wielu, nie narzucał swojej osobowości z takim wigorem i siłą na rządzony przez niego kraj (może z wyjątkiem Gwinei Równikowej). Życzył sobie kierować nawet najdrobniejszymi detalami w sprawach funkcjonowania Malawi. Pewnego dnia oznajmił nawet: „Wszystko leży w moich kompetencjach. Wszystko”. „Stan edukacji, stan naszej gospodarki, stan naszego rolnictwa, stan naszego transportu, wszystko to jest moją sprawą”. Tym samym wystawił sobie kiepską ocenę swoich rządów, gdyż Malawi pod koniec jego autorytarnego i bezwzględnego panowania było jednym z najbiedniejszych krajów świata.

Banda był równie szczery, mówiąc o władzy, jaka była w jego dyspozycji. „Wszystko, co powiem, staje się prawem, dokładnie prawem. W tym kraju jest to faktem”. Nie tolerował żadnej różnicy zdań, ani też krytyki. Nikomu nie wolno było podważać jego władzy czy decyzji. Jego dążenia do pełnej kontroli każdego aspektu życia sprawiły, że nie mógł nie ingerować w funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości. Surowy purytański kodeks, tak przez niego uwielbiany, stał się drogowskazem na ścieżce rozwojowej narodu. Mężczyźni nie mogli nosić długich włosów, kobietom nie wolno było wkładać krótkich spódniczek i spodni. Filmy, zagraniczne gazety, magazyny i książki podlegały surowej cenzurze, aby dekadenckie oddziaływanie Zachodu nie zaszkodziło ludności. Rola, jaką Banda odgrywał w Malawi, była niekiedy przyrównywana do roli dawnych królów Marawi (czyli władców ludu Czewa, którzy rządzili Imperium Maravi w dzisiejszym Malawi, Mozambiku i Zambii od XV do XIX w.), obdarzonych boskimi prawami i sprawującymi absolutną władzę.  

Banda stał się tym samym wzorcem z Sèvres afrykańskiego autorytaryzmu. Otwarcie mówił o swoich zamiarach w 1965 r.: „Jeżeli dla zachowania stabilności politycznej i skutecznego administrowania miałbym osadzić w więzieniu 10 tysięcy lub nawet sto tysięcy, to zrobię to”. Posługiwał się zastraszaniem jako narzędziem kontroli nad ludźmi. Malawi pod dyktatorskimi rządami Bandy była nieraz cytowana jako przykład sukcesu. Kraj zaliczany do najbiedniejszych na świecie, mały, pozbawiony dostępu do morza, gęsto zaludniony i nieposiadający surowców mineralnych dokonał mimo to znacznego postępu zarówno w rolnictwie, jak i w rozwoju przemysłowym.

Dyktatura Bandy przekształciła się w tyranię. Kiedy w 1971 r. sam siebie uczynił dożywotnim prezydentem, zlikwidował wszelkie przejawy sprzeciwu. Tysiące obywateli Malawi rzeczywiście umieścił w obozach, spełniając swoje zapowiedzi. Swoją tajną policję i paramilitarną organizację młodych Pionierów skierował do zwalczania przeciwników, działających w kraju i za granicą. W 1981 r. wygnany z kraju Orton Chirwa (przebywający na wygnaniu od 1964 r.), ważna postać opozycji, wraz z żoną Verą odwiedził Zambię. Tam zostali uprowadzeni i oskarżeni o zdradę. Zorganizowano im pokazowy proces sądowy w Lilongwe, zakończony wyrokiem śmierci. Na skutek międzynarodowych protestów wyrok ten został zamieniony na dożywotnie więzienie, w którym Chirwa zmarł w 1992 r. W 1983 r. trzech ministrów i członek parlamentu opowiadający się za wewnętrznymi reformami, zostali aresztowani, gdy wychodzili z parlamentu, a następnie śmiertelnie pobici przez policję przy użyciu kowalskich młotów. Oficjalnie podano, że zginęli oni w wypadku samochodowym. Represje wobec opozycji zmusiły przeciwników Bandy do opuszczenia kraju, na emigracji powstały 4 ugrupowania opozycyjne, z których najważniejsza była lewicowa Liga Socjalistycznego Malawi (LESOMA).

Korzystając ze sprawowanej nad rządem kontroli, Banda zbudował olbrzymie imperium biznesowe. Najpierw był to holding prasowy, który potem połknął takie sektory, jak przemysł tytoniowy, gospodarstwa hodowlane, transport, nieruchomości, dystrybucja ropy naftowej, farmaceutyki, ubezpieczenia, bankowość i wiele innych. W końcu jego prywatne imperium osiągnęło wartość 1/3 PKB Malawi i zatrudniało 10% opłacanej siły roboczej. W 1988 r., mając 90 lat i chcąc utrzymać się przy władzy Banda siłą rzeczy musiał coraz bardziej opierać się na swoich protegowanych. Było ich dwóch. Jednym z nich była Cecilia Kadzamira, towarzysząca mu niezmiennie od 30 lat. Była pielęgniarką, którą zatrudnił w swoim gabinecie lekarskim jeszcze w okresie przed uzyskaniem niepodległości. Poźniej została jego sekretarką, następnie awansowała do rangi Oficjalnej Pani Domu, a w końcu przybrała przydomek „Mama” lub „Matka Narodu”. Innym protegowanym był wuj Kadzamiry, John Tembo, dyrektor holdingów prasowych Bandy i wielu innych organizacji. Należał do głównych egzekutorów prezydenta, zasłynął głównie bezwzględnością w eliminowaniu rywali. Oboje czuwali nad dostępem do ucha prezydenta, licząc na przejęcie władzy po jego śmierci. Mimo podeszłego wieku i pogarszającego się stanu zdrowia, Banda nie miał jednak najmniejszego zamiaru rezygnować z urzędu. Powiedział nawet: „Chcę, aby było jasne. Dopóki tutaj jestem, a Wy mówicie, że muszę być Waszym prezydentem, powinniście robić to, co zechcę, a nie to, co się Wam podoba i czego Wy chcecie. Kamuzu jest tu szefem. Tak postanowiłem”.

Lud jednak przestał mówić, że Banda musi być jego prezydentem. Pierwsze poważne wyzwanie rzucone dyktaturze Bandy pochodziło ze strony Kościoła katolickiego. W niedzielę Wielkiego postu, w marcu 1992 r., w każdym kościele katolickim na obszarze całego kraju odczytano list duszpasterski, napisany przez 8 biskupów. Będąc mieszanką egzegezy biblijnej i tradycyjnych przysłów afrykańskich, list ten zawierał potępienie ubóstwa, korupcji, nierówności społecznych, cenzury i represji politycznych, które były w Malawi powszechnym zjawiskiem. Biskupi mówili o niskim poziomie nauczania i przeludnieniu w szkołach, o niedostatecznej opiece zdrowotnej, o braku wolności i o potrzebie stworzenia uczciwego wymiaru sprawiedliwości. Oto przykład fragmentu listu biskupów: „Wolność akademicka jest poważnie ograniczona, piętnowanie niesprawiedliwości uznaje się za zdradę, wskazywanie na zło drążące nasze społeczeństwo postrzega się jako zniesławianie kraju. Monopol mediów i cenzura nie pozwalają na wyrażanie odmiennych opinii. Niektórzy ludzie słono zapłacili za swoje poglądy polityczne. Często zabrania się wstępu do miejsc publicznych, takich jak targowiska, szpitale, dworce autobusowe i inne, dla tych ludzi, którzy nie mają legitymacji partyjnej. Wymuszone darowizny stały się chlebem powszednim. Wszystko to jest godne pożałowania. Stwarza to wśród obywateli atmosferę rozgoryczenia. Wywołuje to klimat nieufności i strachu. Strach przed nękaniem i wzajemne podejrzenia degenerują społeczeństwo, w którym talenty wielu jego członków nie zostają wykorzystane i w którym jest niewiele miejsca na podejmowanie inicjatyw”.

Biskupi zostali zabrani na przesłuchanie do kwatery głównej policji w Blantyre, a potem uwięzieni na kilka dni w domu arcybiskupa. Ich list duszpasterski Kamuzu nazwał dokumentem wywrotowym. Aresztowano wielu ludzi, u których znaleziono jego kopie. W parlamencie uchwalono rezolucję, która potępiała biskupów. Gangi Młodych Pionierów spaliły drukarnię, która wydrukowała ten list. Według zapisu przebiegu obrad na magnetofonie, który przeciekł na zewnątrz, na spotkaniu 11 marca dygnitarze partyjni zgodnie doszli do wniosku, że „dla ułatwienia biegu wydarzeń musimy po prostu zabić tych biskupów”. Jednakże inne kościoły wystąpiły w ich obronie. Kościół szkocki, którego członkiem był sam Banda, wezwał wiernych do „modlitwy za tego głęboko samotnego człowieka, który jest zamknięty w więziennym domu władzy”. Aluzje do samego Bandy były aż nadto widoczne. Studenci uniwersyteckiego Chancellor College zorganizowali marsze, w czasie których skandowali hasła żądające przywrócenia systemu wielopartyjnego. Obrońcy praw człowieka posłużyli się faxem zalewając Malawi drukami opowiadającymi się za demokracją. Wybuchły strajki, najpierw w Chancellor College, a potem rozprzestrzeniły się one na fabryki i farmy na prowincji. Przyłączyli się do nich pracownicy banków, kolei i linii lotniczych, także z holdingu Bandy. Na ulicach Blantyre wybuchły zamieszki. Ograbiono sklepy związane z imperium biznesowym prezydenta. Policja otworzyła do ludzi ogień, zabijając co najmniej 20 osób.

Wzrosły również zagraniczne naciski na Kamuzu. Zaniepokojeni masowymi aresztowaniami, strzelaniem przez policję do ludzi i długotrwałym naruszaniem praw człowieka w Malawi, rządy darczyńców na spotkaniu w Paryżu w maju 1992 r. zawiesiły wszelką pomoc pozahumanitarną na okres 6 miesięcy. Zmuszony do wprowadzenia systemu wielopartyjnego, Banda był nadal przekonany o możliwości odniesienia zwycięstwa w wyborach. W październiku ogłosił, że odbędzie się referendum, które zadecyduje, czy Malawi ma zachować system jednopartyjny. W wieku 95 lat, mając kłopoty ze wzrokiem, rozpoczął realizację programu wieców z ludźmi potępiających „chaos w systemie wielopartyjnym”, w których uczestniczyła wierna Mama Kadzimira. Banda mimo wysiłków nie był jednak w stanie uspokoić nastrojów rewolty w kraju. Chociaż Region Centralny, terytorium zamieszkane przez jego grupę etniczną Czewa, w 2/3 głosował za systemem jednopartyjnym, w skali ogólnonarodowej za zmianami opowiedziało się 63% ludności.

W wyborach prezydenckich w 1994 r., po 30 latach sprawowania absolutnej i niekontrolowanej władzy, Banda został pokonany przez jednego z jego byłych ministrów, Bakili Muluzi, muzułmańskiego biznesmena. Podobnie jak wcześniej w sąsiedniej Zambii Kaunda, Banda godnie przyjął porażkę i uznał Muluziego za „oczywistego zwycięzcę”. Obiecał też, że jego opozycyjna teraz partia przyczyni się do „budowy lepszego, demokratycznego Malawi”. Była to jedyna dobra jego decyzja w całej stanowczo zbyt długiej karierze politycznej. Pewnie dlatego jego wizerunki nie zniknęły z krajobrazu kraju, a mauzoleum pierwszego prezydenta w centrum Lilongwe jest obowiązkowym punktem każdej wizyty w stolicy Malawi.

Rok później, w wyniku prac komisji śledczej, Banda został oskarżony o udział w morderstwie 4 polityków w 1983 r. W czasie trwania procesu sądowego pozwolono mu przebywać w Mudi House, czyli rezydencji gubernatora brytyjskiego z czasów kolonialnych. Właśnie tam w 1995 r. przeprowadził z nim wywiad brytyjski dziennikarz, Alec Russell. Był on ostatnim, który miał taką możliwość. Jak zawsze, na każde zawołanie Bandy była Mama Kadzimira, która sprawdzała jego aparat słuchowy, podpowiadała odpowiedzi i jaśniej formułowała kierowane do niego pytania. Według Russela sam Kamuzu stał się drobną, wychudzoną postacią o słabym i drżącym głosie i kruchej posturze. Olbrzymi aparat słuchowy potęgował wrażenie, że zbliża się jego koniec. Zmacza część tego wywiadu była lekcją historii, podobną do tych, jakich Banda zwykł udzielać członkom swego gabinetu i parlamentu. W grudniu 1996 r. Banda został uniewinniony w sprawie o udział w spisku prowadzącym do morderstwa. Zmarł rok później w wieku 99 lat, w szpitalu w Johannesburgu, w ostatnich chwilach towarzyszyła mu zawsze wierna Mama Kadzimira, która jednak nie odegrała już żadnej roli w malawijskiej polityce.

Malawi pod rządami Bandy nawiązało współpracę polityczną i gospodarczą z RPA (w 1967 r. jako pierwsze państwo afrykańskie nawiązało z RPA stosunki dyplomatyczne), Rodezją (dzisiejsze Zimbabwe) i Portugalią. Banda zapewnił Malawi stabilizację polityczną i względnie korzystne warunki rozwoju gospodarcze (Malawi stało się drugim, po RPA, eksporterem żywności w Afryce, chociaż nadal było zaliczane do grupy najuboższych państw afrykańskich). Od 1989 r. Malawi zostało dotknięte skutkami wojny domowej w sąsiednim Mozambiku (ataki opozycyjnego RENAMO na szlaki transportowe i emigracja z Mozambiku wywołały falę uchodźców, których ok. 1 mln znalazło się w Malawi). Strategia gospodarcza Bandy dla Malawi skupiała się głównie na wzroście eksportu produktów rolnych (tytoń, herbata, cukier). Początkowo znaczny wzrost PKB uzyskano dzięki rolnictwu wielkoobszarowemu i subsydiom, które były finansowane pomocą zagraniczną z Zachodu, które Banda łatwo uzyskiwał w czasach zimnej wojny ze względu na swój zdecydowany antykomunizm. Jednak uzależnienie od upraw i wielkoobszarowych plantacji uzależniło kraj od fluktuacji cen i zakłóceń na rynkach światowych, co prowadziło do częstych kryzysów w latach 80- i 90-tych XX w., pogłębionych przez wzrastający dług, wzrost cen ropy naftowej oraz konsekwencje brutalnej wojny domowej w sąsiednim Mozambiku. Z kolei wysokie zadłużenie zaostrzyło presję inflacyjną i utrudniło obsługę długu. Ostatecznie Malawi musiało być ratowane interwencyjnymi kredytami MFW i Banku Światowego, które aplikowały trudne programy dostosowań strukturalnych, co z kolei w krótkim czasie dodatkowo obciążyło drobnych rolników i najbiedniejszą część społeczeństwa, pomimo wysiłków na rzecz poprawy bezpieczeństwa żywnościowego. Trzeba bowiem wiedzieć, że drobni rolnicy, produkujący głównie na własne potrzeby koegzystowali z dużymi majątkami ziemskimi, które były faworyzowane. Utrzymywała się gospodarka dwutorowa, w której majątki ziemskie dominowały w eksporcie, a drobni rolnicy borykali się z trudnościami. Rząd kontrolował ceny, zapewniał dopłaty do nawozów, które miały pobudzić produkcję drobnych rolników (uprawiali oni głównie kukurydzę i orzeszki ziemne) i jakoś koniec z końcem spinał budżet, dzięki wsparciu Zachodu, chociaż w latach 70-tych XX w. było z nim trochę kłopotów ze względu na kontrowersyjne powiązania reżimu Bandy z rasistowskim reżimem w RPA. To wszystko zapewniło Malawi silny wzrost PKB (ok. 7% rocznie) oraz per capita w dekadzie lat 60- i 70-tych XX w., chociaż trzeba uczciwie powiedzieć, że baza wyjściowa w momencie uzyskania niepodległości była wyjątkowo niska.

Jednak program dostosowawczy MFW obniżył standard życia drobnych rolników, ponieważ liberalizacja rolnictwa zmniejszyła dopłaty do upraw kukurydzy i ograniczała dostęp do lukratywnych upraw, jak tytoń Burley (często stosowany w mieszankach papierosowych, charakteryzuje się intensywnym smakiem i wyższą zawartością tytoniu), co przyczyniło się do wzrostu ubóstwa. Jak w każdym autorytarnym ustroju kwitła za to korupcja, elity polityczne korzystały z protekcji biednego państwa, ograniczając jego rozwój. Mimo dwóch dekad stabilności i wysokiego wzrostu, silne uzależnienie od światowych cen surowców i szoków zewnętrznych, na które gospodarka Malawi była zupełnie nieprzygotowana doprowadziły do głębokiej niestabilności gospodarczej, zubożenia większości i tak biednego społeczeństwa, przyczyniając się do masowych protestów.

Następca Bandy - Muluzi, był jego wychowankiem. Wykształcony w Anglii i Danii, po powrocie do Malawi w latach 60-tych XX w. wstąpił do partii Bandy MCP, a następnie przez lata piął się w górę po drabinie licznych rządowych i partyjnych stanowisk. W latach 70-tych pełnił wiele funkcji ministerialnych (kultury, młodzieży, edukacji, a w końcu transportu i komunikacji), ale też partyjnych (był sekretarzem generalnym MCP). Jednak w 1982 r. odszedł ze stanowiska i wycofał się z polityki. Doszedł najwyraźniej do wniosku, że przy Bandzie dalej nie pójdzie, a teraz nastąpił czas na monetyzację kontaktów politycznych i zajęcie się zarabianiem prawdziwych pieniędzy. Do życia publicznego powrócił na początku lat 90-tych, kiedy opowiedział się za wprowadzeniem w kraju demokratycznej formy rządów. W 1993 r. założył własną partię polityczną, UDF. 

Wystartował też w pierwszych demokratycznych wyborach prezydenckich w Malawi, które wygrał, zdobywając 47% głosów (Banda uzyskał 33,4%). Pierwszą jego decyzją była amnestia dla wszystkich więźniów politycznych, powołał też do życia Biuro Antykorupcyjne, Komisję prawną oraz urząd rzecznika praw obywatelskich. W kolejnych wyborach prezydenckich w 1999 r. Muluzi zdobył 52,4% głosów, przedłużając swój mandat o kolejną kadencję. Nie był to jednak dobry czas dla Malawi, które z powodu fatalnej polityki gospodarczej i ogromnej korupcji straciło nawet niewielką wiarygodność, którą posiadało na arenie międzynarodowej. Spowodowało to m.in. wstrzymanie 100 mln. USD pomocy budżetowej dla administracji prezydenta ze strony MFW, Banku Światowego, USA oraz UE. Sam Muluzi zaczął się wikłać w liczne afery korupcyjne. Dodatkowo wiosną 2002 r. Malawi nawiedziła największa w historii klęska głodu, gdy z powodu zimowych powodzi znacząco zmniejszyły się zbiory kukurydzy. Rząd Muluziego był oskarżany o niepodjęcie wystarczających środków zapobiegawczych, a także irracjonalną sprzedaż zapasów kukurydzy za granicę w obliczu zbliżającej się katastrofy, co było oczywistym skandalem, na który świat zareagował z oburzeniem. 

Pod koniec drugiej i zgodnie z konstytucją ostatniej kadencji, Muluzi próbował w najgorszym afrykańskim stylu szukać sposobu przedłużenia swojej władzy. W 2002 r. przedstawił poprawkę do konstytucji, znoszącą limit kadencji prezydenckich, która jednak została odrzucona przez parlament. Następnie zaproponował wydłużenie limitu kadencji do trzech, co spowodowało opór i gwałtowne protesty społeczeństwa, dlatego ostatecznie Muluzi musiał porzucić swój pomysł i pożegnać się z władzą. Jego następcą został Bingu wa Mutharika, pochodzący również z ugrupowania stworzonego przez Muluziego - UDF.  

Szefem UDF pozostał Muluzi, który wkrótce wszedł w konflikt z prezydentem Muthariką. Ten ostatni w 2005 r. odszedł z UDF i założył swoją partię DPP. Po tym Muluzi publicznie przyznał, że dokonał złego wyboru sukcesora stawiając na Mathurikę i przeprosił za to naród. W 2006 r. Muluzi został aresztowany pod zarzutem oszustwa i korupcji, dotyczącej milionów dolarów pomocy zagranicznej, które miały trafić na jego osobiste konto. Muluzi zaprzeczył oskarżeniom i określił zatrzymanie jako "polityczne prześladowanie". Tego samego dnia został zwolniony za kaucją, a szef Biura Antykorupcyjnego, który tego dokonał został zawieszony przez Mutharikę. Musiał zatem być ubity tajny deal między obecnym prezydentem a jego poprzednikiem. Zawieszenie broni nie trwało jednak długo. W 2008 r. na konwencji UDF Bakili Muluzi został bowiem wybrany kandydatem tej partii w wyborach prezydenckich, pomimo niejasności, czy ma prawo ubiegania się kolejny raz o urząd szefa państwa. Konstytucja bowiem mówi, że prezydent może pełnić swój urząd przez dwie następujące po sobie kadencje. 

Reakcja Muthariki przyszła bardzo szybko: w maju 2008 r. oskarżył on Muluziego o zdradę stanu i próbę usunięcia go z urzędu. Miał na myśli wydarzenia z 2005 r., kiedy 70 parlamentarzystów razem z Muthariką utworzyło DPP, a opozycja, w tym UDF, próbowała pozbawić ich za to mandatów parlamentarnych. Przeciw Muluziemu, który przebywał wówczas w Wlk. Brytanii został wydany nakaz aresztowania. Po powrocie do kraju, Muluzi został aresztowany na lotnisku w Lilongwe i umieszczony w areszcie domowym. Jednak nakazem sądu po kilku dniach został wypuszczony z aresztu. Z kolei w 2009 r. Muluzi został oficjalnie oskarżony o kradzież 11 mln. USD ze środków stanowiących pomoc zagraniczną dla Malawi. Muluzi zaprzeczył tym oskarżeniom, uznając je za polityczne. Ostatecznie nie został dopuszczony do startu w wyborach prezydenckich w 2009 r. Wypowiedział się w tej sprawie Sąd Konstytucyjny, który orzekł, że prezydent może sprawować władzę przez maksymalnie dwie 5-letnie kadencje i nic więcej. W takiej sytuacji Muluzi zdecydował się zrezygnować i udzielić poparcia w wyborach kandydatowi opozycji, Johnowi Tembo. Był to ostateczny koniec jego kariery politycznej. 

Gdy w 2004 roku Bingu wa Mutharika wygrywał wybory prezydenckie, Malawi było bardzo młodą demokracją - "władza ludu" obowiązywała tam bowiem dopiero od dekady. Dopiero od niedawna zniesiony był zakaz całowania się na ulicy, który wprowadził gorliwy katolik Kamuzu Banda. Mutharika dobrze pamiętał rządy Bandy, ponieważ sam był członkiem jego administracji. Trwało to jednak krótko - w połowie lat 60-tych XX w. uciekł do Zambii, bo wściekły dyktator zaczął przeprowadzać czystki wśród swoich współpracowników. Kolejne etapy wygnania zawiodły ambitnego Malawijczyka do Indii i USA. W obu krajach pilnie studiował, aż w końcu otrzymał tytuł doktora ekonomii na jednej z amerykańskich uczelni. Pozwoliło mu to zdobyć prestiżową pracę w Banku Światowym i oenzetowskich agendach.

Do malawijskiej polityki wrócił na dobre w 2002 r., gdy pierwszy demokratycznie wybrany prezydent, Bakili Muluzi, uczynił go ministrem gospodarki i rozwoju, a potem namaścił na swego następcę. Kiedy więc Bingu zwyciężył elekcję, wielu ludzi obawiało się, że będzie zaledwie marionetką byłej głowy państwa. Mylili się. Nim minął rok, Muluzi znalazł się na celowniku kampanii antykorupcyjnej rozpoczętej przez Mutharikę. Wkrótce usłyszał zarzuty, a nawet wylądował w areszcie. Jego dawny protegowany założył tymczasem własną partię, przeciągnął na swoją stronę większość posłów i zyskał całkowitą niezależność.

Jednym z pierwszym kroków nowego prezydenta była szeroka reforma rolna. Chociaż tereny Malawi są żyzne, w kraju często brakowało pożywienia. Dekady zaniedbań sprawiły, że wiele gruntów leżało odłogiem, a chłopi uprawiali ziemię metodami, których używali ich pradziadowie. Rząd Muthariki wprowadził subsydia na produkty rolne, a także dopłacał do nasion, narzędzi i nawozów. Spichlerze zaczęły się zapełniać, aż po pewnym czasie Malawi stało się eksporterem żywności. Już w trakcie swojej pierwszej kadencji Mutharika zaskakiwał obywateli swoim zachowaniem. W 2005 r. wyprowadził się z 300-pokojowego pałacu prezydenckiego z czasów dyktatury, ponieważ w nocy miały straszyć tam duchy. Chociaż całą posiadłość "oczyścili" egzorcyści, nigdy już do niej nie wrócił - zamieszkał w skromniejszym budynku... z 58 pokojami. Kiedy w 2007 r. zmarła jego żona, wybudował dla niej bardzo kosztowne mauzoleum wzorowane na Tadż Mahal. Wcześniej podobny grobowiec postawił dla Kamuzu Bandy.

Mimo tych dziwactw, sukcesy reformy rolnej pozwoliły Mutharice wygrać kolejne wybory. Wtedy jednak starzejący się dziwak zaczął postępować jeszcze bardziej nieprzewidywalnie, co dostrzegali nawet jego zwolennicy. Wprowadzał niezrozumiałe prawa, wydał wojnę homoseksualistom, wydawał miliony dolarów na zupełnie zbędne luksusy i podpadał społeczności międzynarodowej pokazując się z potępianymi okrutnikami: Robertem Mugabe z Zimbabwe i Omarem al-Baszirem z Sudanu. Gorzej szło mu także w gospodarce. Dopłaty dla rolników pomogły wielu ludziom, ale na dłuższą metę zbyt mocno obciążały budżet. Zagraniczne organizacje proponowały prezydentowi inne rozwiązania, lecz ten, tytułując się "nadrzędnym ekonomistą", był głuchy na wszelkie sugestie. Zamykano każdą krytykującą go redakcję, a przeciwnicy prezydenta byli coraz częściej napadani na ulicach. Gdy zaniepokojeni zachodni darczyńcy zaczęli stawiać mu warunki dotyczące reform i ochrony wolności słowa, Mutharika kazał im "iść w diabły". W lipcu 2011 r. brytyjski Wysoki Komisarz w Malawi wysłał do Londynu list, w którym napisał, że "prezydent zachowuje się coraz bardziej autorytarnie i nie toleruje krytyki". Pech chciał, że wiadomość wyciekła do prasy. Rozgniewany lider zrobił wtedy coś, na co nie odważył się do tej pory nawet Robert Mugabe - kazał najważniejszemu w kraju dyplomacie spakować walizki i wracać do domu.

Trzy miesiące później opozycja zapowiedziała protesty związane z fatalną sytuacją ekonomiczną. Prezydent zareagował zakazując zgromadzeń i wysyłając do mieszkań głównych organizatorów demonstracji osiłków z młodzieżówki swojej Progresywnej Partii Demokratycznej (DPP). To jednak nie podziałało. W lipcu 2011 r. tysiące ludzi wyszły na ulice największych miast. Mutharika wezwał pod broń wojsko, a policja dostała ostrą amunicję. W ciągu dwóch dni zamieszek służby bezpieczeństwa zabiły 19 osób. Wiele z nich zginęło od strzałów w tył głowy, podczas ucieczki. Rozwścieczony Mutharika grzmiał w tym czasie, że użyje wszystkich sił, by ukarać buntowników. Dodawał też, że manifestantami "kieruje szatan". Kilka dni po tych wydarzeniach międzynarodowi darczyńcy wstrzymali wszelką pomoc rozwojową dla Malawi. 

Wielu Malawijczyków ucieszyło się, gdy 5 kwietnia 2011 r. usłyszeli, że 78-letni przywódca miał zawarł serca i zmarł. Ich radość była tym większa, że jego następcą, według konstytucji, powinna zostać powszechnie szanowana pani wiceprezydent, Joyce Banda (niespokrewniona z dawnym dyktatorem), córka policjanta, żona byłego prezesa Sądu Najwyższego w Malawi, a także w pobliskim królestwie Eswatini (dawnym Swazilandzie), z którym ma trójkę dzieci. Niestety, sukcesja nie przebiegła bez kłopotów. Wykształcona w USA, Kanadzie i Włoszech Banda, właścicielka fabryki odzieżowej i piekarni, a przede wszystkim znana na całym świecie bojowniczka o prawa kobiet przez lata należała do najpopularniejszych postaci w Malawi. Jako aktywna działaczka ruchów na rzecz praw kobiet założyła szereg organizacji, które pomogły wyjść z biedy lub uwolnić się od brutalnych mężów tysiącom Malawijek. Zapraszano ją na najróżniejsze wykłady, a media wielokrotnie przyznawały jej tytuł "człowieka roku". W końcu jej popularność postanowili wykorzystać politycy. To ona miała zapewnić Mutharice reelekcję i poparcie Zachodu, którego datki składały się na połowę budżetu tego biednego kraju. Wspinając się szczebel po szczeblu, została szefową MSZ. W 2008 r. Bingu wa Mutharika zaproponował jej, by przystąpiła do wyborów jako jego wiceprezydent. Duet zwyciężył, ale przyjaźń nie trwała długo.

Będąc najważniejszą kobietą w państwie, Banda nigdy nie szczędziła swemu szefowi cierpkich słów. Krytykowała go za rozrzutność, spoufalanie się z dyktatorami i kłótnie z sąsiadami. Ostatecznie ich drogi rozeszły się, gdy Mutharika wskazał swego następcę - był nim jego młodszy brat, Peter. Banda nie zgodziła się na taki nepotyzm, na co prezydent odpowiedział, wyrzucając ją z DPP, próbował też bezskutecznie odebrać jej wiceprezydenturę. Banda wtedy założyła własną, opozycyjną Partię Ludową (PP). Przez rok prezydent nie rozmawiał ze swoją zastępczynią, co czyni Malawi ewenementem na skalę światową. Powtórzyła się zatem historia z przeszłości, kiedy Bakili Muluzi, który wcześniej odsunął od władzy satrapę Kamuzu Bandę, składając w 2004 r. swój urząd sam wyznaczył na swojego następcę Mutharikę, licząc, że ten ostatni będzie strzegł jego bezpieczeństwa i majątku, jakiego dorobił się jako władca. Mutharika jednak, aby wyzwolić się spod kurateli swojego dobrodzieja, już jako prezydent założył własną partię, a Muluziego zaczął ciągać po sądach za korupcję.

Kiedy Mutharika zmarł na atak serca, politycy DPP robili wszystko, by władza przeszła w ręce Petera. Nim zwłoki prezydenta zdążyły ostygnąć, wysłali je do RPA i ogłosili, że przywódca po prostu udał się na badania. W rzeczywistości ciało Muthariki wywieziono do Jahannesburga, ponieważ z powodu permanentnego kryzysu gospodarczego w Lilongwe nie sposób było nawet prawidłowo przeprowadzić autopsji zwłok ani ich przechowywać. W tym czasie zwolennicy Muthariki próbowali ułożyć plan ominięcia konstytucji i odsunięcia wiceprezydent. Prawdę wyjawili dopiero po dwóch dniach, gdy okazało się, że żaden spisek nie ma szans - wojsko jednoznacznie oznajmiło, że nie poprze nikogo innego niż Joyce Banda. W tym czasie dygnitarze z partii rządzącej DPP próbowali pospiesznie zebrać parlament na pilną sesję, by poprawić konstytucję i uniemożliwić Bandzie sukcesję tronu. Skapitulowali również dlatego, że prezes Sądu Najwyższego orzekł, że to ich starania będą w istocie zamachem stanu. Ponadto w ciągu kilkudziesięciu godzin do niewielkiej Partii Ludowej (PP) Bandy przeszło tylu posłów DPP, że stała się głównym ugrupowaniem w parlamencie. Przyparci do muru, zwolennicy zmarłego prezydenta dali za wygraną i Banda została zaprzysiężona na stanowisko prezydenta. Tym samym Joyce Banda została drugą w Afryce kobietą, która została szefem państwa. Pierwszą była Ellen Sirleaf Johnson, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla w 2011 r., która została prezydentem Liberii w 2006 r. po przepędzeniu tamtejszego tyrana – Charlesa Taylora. W 2011 r. Forbes uznał Bandę za trzecią najbardziej wpływową kobietę w Afryce po Ellen Johnson i minister finansów Nigerii Ngozi Okonjo-Iweali. Będąc świadoma, że będzie musiała uporać się z pogłębiającym się kryzysem gospodarczym, do którego doprowadził poprzednik, składając prezydencką przysięgę, próbowała udobruchać swoich przeciwników, proponując im pojednanie i wyrzeczenie się zemsty. Przed nową prezydent stanął ogrom wyzwań: od odzyskania zagranicznych sponsorów po unowocześnienie zastałej gospodarki. Musiała zacząć jak najszybciej.

Mutharika wywołał poważny kryzys, w kraju brakowało żywności i paliwa. To na skutek sporu z Wlk. Brytanią, która zarzucała mu autorytaryzm i naruszanie praw człowieka. Londyn wstrzymał wówczas pomoc gospodarczą dla Malawi, liczoną na wiele milionów dolarów. Dyplomatyczny ostracyzm i kłopoty gospodarcze Malawi pod rządami Muthariki pogorszyły się jeszcze w lipcu 2011 r. po wspomnianym wcześniej krwawym stłumieniu antyrządowych protestów. W reakcji USA zamroziły wart 350 mln. USD program modernizacji malawijskiej sieci energetycznej. Dlatego w pierwszej kolejności Joyce Banda przeprowadziła czystki w administracji. Wymówienie otrzymał m.in. szef policji, który kierował tłumieniem protestów w 2011 r., a także minister informacji, która na wizji podawała fałszywe informacje dotyczące zdrowia Muthariki. Następnym krokiem była dewaluacja lokalnego pieniądza, kwachy. Ruch ten sprawił, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy wznowił pomoc rozwojową. Za jego przykładem poszli inni darczyńcy, w tym ten największy – Wlk. Brytania.

W kolejnych tygodniach popularna Joyce Banda znowu zapunktowała, tak w kraju, jak i za granicą. Najpierw obiecała, że doprowadzi do zniesienia surowych praw karzących homoseksualistów, a potem wystawiła na sprzedaż 60 luksusowych mercedesów zakupionych dla rządu przez jej poprzednika. W czerwcu ogłosiła, że wydzierżawi lub sprzeda wart 15 mln. USD prezydencki odrzutowiec. „Mogę zawsze latać z kimś prywatnymi samolotami, przyzwyczaiłam się do podróżowania stopem” - komentowała z uśmiechem.

W tym samym miesiącu Banda poważnie starła się z Unią Afrykańską, która miała zebrać się w malawijskiej stolicy, Lilongwe. Jednym z zaproszonych jeszcze przez Mutharikę gości był Omar al-Baszir. Problem polegał na tym w tym, że na sudańskim prezydencie ciążył wydany przez Międzynarodowy Trybunał Karny list gończy za zbrodnie wojenne. W świetle prawa, władze Malawi miałyby obowiązek zatrzymać go i przekazać Hadze, gdyby tylko postawił stopę na ich terytorium. Poprzedni władca niewiele sobie z tego robił, ale Banda zapowiedziała, że jeśli al-Baszir się pojawi, to skończy w areszcie. Mimo politycznej presji, nie zmieniła zdania. Ostatecznie Unia Afrykańska przeniosła prestiżowy szczyt do Etiopii, ale Joyce Banda zyskała poklask wśród obrońców praw człowieka. Jedna z południowoafrykańskich gazet nazwała ją nawet "Świętą Joyce".

Bilans nieco ponad 100 dni rządów Bandy wypadł bardzo pozytywnie. Ale na prawdziwy test zabrakło już czasu. By wprowadzić niezbędne reformy, pani prezydent potrzebowała wielu uprawnień, a takie głowa państwa w Malawi zawsze posiadała. W czasie krótkich rządów Bandy gospodarka Malawi odnotowała znaczącą poprawę. Wzrost gospodarczy skoczył z 1,8% do ponad 6,2% (2014), zwiększyły się moce produkcyjne, jak również rezerwy walutowe. Było to możliwe dzięki reformom gospodarczym, takim jak przywrócenie relacji z MFW, dewaluacji waluty (kwachy) i wprowadzeniu Planu Odbudowy Gospodarczej (Economic Recovery Plan). Mimo tych sukcesów wszechobecna korupcja i nadwyrężone zaufanie darczyńców nie poprawiały się w czasie rządów Joyce Bandy. Sukcesy na tym polu byłyby możliwe, gdyby prezydent potrafiła podzielić się władzą. Jeśli historia czegoś nauczyła Malawijczyków, to właśnie tego, że zbyt wielka moc w rękach jednej osoby nieuchronnie zamienia się w pułapkę. Niestety pani prezydent nie potrafiła tego warunku spełnić.

Ale jej prezydentura została pogrążona po wybuchu największego skandalu finansowego w historii Malawi, jakim był „cashgate”. Miał on wyjątkowo negatywne reperkusje na relacje kraju z międzynarodowymi darczyńcami i wywołał oburzenie samych Malawijczyków, przyczyniając się do szybkiego upadku samej prezydent. W centrum skandalu znalazł się komputerowy system przechowywania informacji finansowych. Niektórzy urzędnicy państwowi mieli wykorzystywać lukę w systemie, by defraudować miliony dolarów z państwowej kasy. Szacuje się, że nawet 250 mln. USD mogło zostać wyprowadzonych w wyniku oszukańczych płatności na rzecz przedsiębiorców za usługi, które nie zostały wykonane. Według doniesień lokalnych mediów, audyt przeprowadzony przez zarządców systemu finansowego wykazał, że zapisy niektórych transakcji przeprowadzonych między lipcem a wrześniem 2013 r. zostały usunięte. Zarzuty masowej grabieży pieniędzy publicznych ujrzały światło dzienne po zastrzeleniu ówczesnego dyrektora budżetu Ministerstwa Finansów we wrześniu 2013 r. Kilka dni wcześniej w bagażniku samochodu innego urzędnika państwowego znaleziono gotówkę o łącznej wartości ponad 300 tys. USD. Więcej gotówki skonfiskowano z domów i bagażników samochodowych kilku innych urzędników służby publicznej.

Trudno się dziwić furii głównych darczyńców Malawi, którzy na te doniesienia zareagowali wstrzymaniem 150 mln. USD pomocy do czasu wyjaśnienia afery. Ambasador UE w Malawi określił aferę, jako kryzys zaufania i bez przejrzystości w rozliczaniu donacji oraz poczucia, że kryzys został rozwiązany z pełną determinacją, zaufanie nie powróci. Policja malawijska szybko skonfiskowała pojazdy, domy, mieszkania i budynki biurowe należące do osób podejrzanych o udział w aferze „cashgate”. Afera wstrząsnęła polityką wewnętrzną Malawi. W tak biednym kraju, gdzie potrzeby są ogromne, a garstka ludzi mogła ukraść tak duże pieniądze, sympatia wyborców szybko odwróciła się od Bandy i przyczyniła się do klęski urzędującej prezydent w wyborach w 2014 r. Wprawdzie nie było dowodów na uwikłanie samej prezydent w złodziejski proceder, a jej reakcja była szybka i bez zarzutów (zmieniła m.in. cały swój gabinet), to jednak sympatia opinii publicznej szybko się od nie odwróciła.

Joyce Bandzie nie pomógł też dziwaczny konflikt z Madonną, światową gwiazdą pop, przypominający operę mydlaną. Zaczęło się od incydentu na lotnisku w kwietniu 2013 r., kiedy piosenkarka przyleciała do Lilongwe, musiała stanąć w zwykłej kolejce do odprawy. Najwidoczniej poskarżyła się na te „sankcje”, bo rząd Malawi wydał liczące aż tysiąc słów oświadczenie, mieszając ją z błotem. Oto fragment oświadczenia: „W mniemaniu Madonny rząd Malawi powinien rozwinąć przed nią czerwony dywan i powitać 21-krotną salwą honorową, gdyż uważa ona, że jako muzykowi o sławie przekraczającej granice, należy się jej VIP-owskie traktowanie”. Dalej Malawi próbuje dopiec Madonnie, nazywając ją „muzykiem, który zamiast grać przyzwoitą muzykę na scenie, szuka uznania, atakując władze państwowe i poucza, że wśród wielu rzeczy, jakich Madonna musi się nauczyć, jest mówienie prawdy”. Na najgorszą obrazę zakrawało stwierdzenie, że zachowywała się ona gorzej niż Chuck Norris.

Po takim oświadczeniu Madonna się zagotowała, twierdząc, że wcale nie żądała specjalnego traktowania i oświadczenie rządu Malawi jest wierutnym kłamstwem. Jej zdaniem cała historia była wendetą za zwolnienie z finansowanego przez nią projektu siostry prezydent Joyce Bandy. Po wypowiedzi Madonny Joyce Banda powiedziała, że oświadczenie wydane w jej imieniu nie było z nią konsultowane i była wściekła, kiedy je przeczytała. Ale oficjalnych przeprosin z jej strony nie było. Ponadto Banda odrzuciła wcześniejszą prośbę Madonny o spotkanie. Trzeba tutaj wspomnieć, że Madonna była zaangażowana w Malawi od 2006 r., kiedy adoptowała dwoje dzieci z tego kraju. Wykorzystała przy tym swoje wpływy, obeszła prawo wymagające, by zagraniczni rodzice adopcyjni mieszkali w Malawi przez 1,5 roku. W 2009 r. ogłosiła, że razem z inną fundacją z Los Angeles zbierze 15 mln. USD na szkołę z internatem dla dziewcząt w malawijskiej wiosce Chinkhota. W 2011 r. okazało się, że choć w szkole utopiono już 3,8 mln. USD, nie wbito nawet łopaty w ziemię. Pieniądze poszły na architektów, płace oraz samochody dla pracowników, których jeszcze nie zatrudniono.

Madonna zamknęła projekt i zwolniła dwójkę kierowników, w tym Anjimile Oponyo, siostrę Joyce Bandy. Uzasadniała to niezręcznym komunikatem, który musiała zapamiętać pani prezydent. Brzmiał on tak: „Jej charyzma skrywa poważne braki w wiedzy na temat realizacji projektów rozwojowych, a jej słabe zdolności menedżerskie były główną przyczyną chaosu”. Kiedy Banda została prezydentem, mianowała siostrę na dyrektorskie stanowisko w ministerstwie edukacji. W kwietniu 2013 r. minister edukacji Malawi Kazembe zarzuciła Madonnie, że kłamie, mówiąc, iż buduje w Malawi całe szkoły, bo „buduje tylko klasy”. Szef fundacji Madonny Rising Malawi, wyjaśnił, że kosztem 400 tys. USD zbudowano 10 budynków szkolnych dla 4 tys. dzieci, które wcześniej uczyły się pod gołym niebem.

Cały ten spór można obśmiać jako zderzenie ego światowej celebrytki z trzecio-światową korupcją, jednak dotknął on ważnego problemu: jak pomagać Afryce? Już wcześniej Madonna była krytykowana za to, że „traktuje kontynent jak sierotę do adopcji”, realizując wymyślone przez siebie projekty bez uprzednich konsultacji z beneficjentami na miejscu. Minister edukacji Malawi stwierdziła w wywiadzie dla Guardiana, że „trochę dziwnie się czuje, dowiadując się z gazet, że Madonna buduje szkoły w Malawi”. Dla zachodnich gwiazd muzyki i filmu społeczne zaangażowanie w Trzecim Świecie stało się bowiem istotną częścią ich wizerunku. Kojarzeniem celebrytów i instytucji społecznych zajmują się w USA wyspecjalizowane agencje, a duże organizacje charytatywne, jak Międzynarodowy Czerwony Krzyż, zatrudniają dyrektorów do spraw współpracy z gwiazdami, którzy działają jak łowcy głów. Portal „Mother Jones” w 2013 r. opublikował celebrycką mapę Afryki, na której było niewiele niezagospodarowanych białych plam jak Zambia, Gabon, Gwinea i Kamerun, czekających jeszcze na swoich patronów. I tak Mozambik należał do Leonardo di Caprio, Kongo do Bena Afflecka, Angeliny Jolie i Jessiki Lange, Mali do Danny’ego Glovera, a Zimbabwe do Matta Damona.

Korzyści z takiej współpracy są obopólne: gwiazdy działalnością charytatywną poprawiają swój wizerunek bogatych utracjuszy i zyskują dodatkową uwagę mediów, co przekłada się na wyższe gaże. Szeroka publiczność i media bez udziału znanych twarzy nie zainteresowałyby się raczej sytuacją w Malawi czy Sudanie. Nagłośnienie problemu ma konkretny wymiar w postaci datków, które można wykorzystać w różnych celach. Mimo to celebryci w Afryce mają wielu krytyków. Nawet ci najbardziej zasłużeni, jak Angelina Jolie, która od 2001 r. jest ambasadorem dobrej woli Biura ds. Uchodźców ONZ (tego samego, do którego aplikował bezskutecznie Hołownia) i pomogła ufundować wiele projektów pomocowych. Kiedy w 2006 r. postanowiła urodzić dziecko w Namibii, wiązało się to z potężną operacją namibijskich sił bezpieczeństwa. Stworzono strefę zakazu lotów, ograniczono wizy dla zagranicznych dziennikarzy, a jedna z organizacji praw człowieka oskarżyła ochroniarzy Jolie o brutalność. 

Dla takich krajów jak Malawi największym problemem związanym nie tylko z celebrytami, ale generalnie z pomocą, jest upokarzające poczucie, że przekazuje się ją ponad ich głowami. Jest to tylko łagodzenie skutków biedy, a nie usuwanie przyczyn. Problemy Afryki mogą zostać rozwiązane tylko poprzez budowę gospodarki rynkowej i jej instytucji, a nie wyłącznie pomoc charytatywną. Dzięki takim osobom jak Madonna czy Angelina Jolie niektóre zachodnie media zdają się myśleć, że najlepszym sposobem na opróżnienie afrykańskich sierocińców nie jest wykorzenienie biedy, tylko adopcja sierot przez bogate zagraniczne gwiazdy pop. Tak jednak nie jest i Joyce Banda starała się na to zwrócić uwagę, niestety wizerunkowe starcie z Madonną brutalnie przegrała, co myślę, że oprócz afery „cashgate” miało decydujący wpływ na wybór Malawijczyków w 2014 r.

W wyborach Banda uzyskała zaledwie 18% głosów, przegrywając z Peterem Muthariką, bratem byłego prezydenta Bingu wa Muthariki. Ten ostatni w kolejnych wyborach w 2019 r. uzyskał reelekcję wygrywając minimalnie z szefem opozycji Lazarusem Chakwerą, teologiem wykształconym w USA. Jednak Sąd Konstytucyjny uchylił wyniki wyborów uznając, że ich przebieg był pełen nieprawidłowości. Tym samym Malawi stało się drugim po Kenii w 2017 r. krajem afrykańskim, który anulował wyniki wyborów, co dobrze świadczy o niezależności tamtejszego Sądu Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, który mimo nacisków utrzymał decyzję tego pierwszego sądu.

Powtórzone wybory w 2020 r. wygrał zdecydowanie Chakwera, który przy wsparciu Joyce Bandy i wiceprezydenta Malawi, uznanego ekonomisty Chilimy zdobył blisko 60% głosów. Jednak szybko roztrwonił zaufanie Malawijczyków, doprowadził do kryzysu gospodarczego, dotkliwego niedoboru żywności, inflacji przekraczającej ponad 30%, która wzmocniła presję na koszty utrzymania i wydrenowała rezerwy walutowe, których ten kraj praktycznie w 2025 r. nie posiadał. Ta sytuacja sparaliżowała funkcjonowanie przedsiębiorstw i doprowadziła do ciągłych niedoborów paliw. PKB na mieszkańca w Malawi od 2021 r. do 2024 r. systematycznie spadało z 567 USD (2021) do zaledwie 550 USD (2024). Wzrost PKB jest rachityczny, dopiero w 2025 r. trochę wzrosła jego dynamika do 3,8% dzięki rosnącym wpływom z turystyki, wydobycia surowców i handlowi detalicznemu.

W tych warunkach wybory prezydenckie w październiku 2025 r. Chakwera zdecydowanie przegrał (uzyskał zaledwie 33% głosów), a do władzy wrócił znowu skompromitowany Peter Mutharika (uzyskał 56,8% oddanych głosów), który w momencie ponownego zaprzysiężenia w październiku 2025 r. miał skończone 85 lat. Mimo, że jego dotychczasowe dokonania były żadne, zapowiedział z werwą nastolatka, że naprawi „ten kraj”. Zaatakował poprzednika, mówiąc, że kasa Państwa jest pusta (tak jakby kiedykolwiek coś się w niej znajdowało), a zadłużenie jest niezwykle wysokie i nikt nie wie, gdzie się podziały pożyczone pieniądze. Ponadto stwierdził: „Nie obiecuję wam mleka i miodu, obiecuję wam ciężką pracę, trudne i bolesne decyzje”. Mutharika zaapelował również do społeczności międzynarodowej o inwestycje. Zwrócił się bezpośrednio do Donalda Trumpa, mówiąc, że wkrótce wyśle delegację do Ameryki, aby omówić perspektywy rozwojowe swojego kraju, zwłaszcza po cięciach amerykańskiej pomocy zagranicznej i wycofaniu się USAID z pomocy rozwojowej w Afryce. Tymczasem partia Chakwery oświadczyła, że chociaż ustępujący prezydent nie był obecny na inauguracji, życzył Mutharice powodzenia i zdrowia. Powrót do władzy Petera Muthariki nie wróży nic dobrego dla kraju, niestety musimy się przyzwyczaić do tych samych zgranych nazwisk, licząc, że w najbliższej perspektywie pojawi się na horyzoncie nowa postać, która wniesie nową jakość do polityki kraju i popchnie Malawi cywilizacyjnie do przodu. Od uzyskania niepodległości w 1964 r. takiej postaci niestety dotąd nie było.

Malawijczycy są blisko 30 razy biedniejsi niż przeciętny obywatel świata, co wydaje się zaskakujące wobec przewag rozwojowych, którymi ten kraj dysponuje jak olbrzymie jezioro, zajmujące ¼ terytorium kraju czy żyzne grunty rolne. Tymczasem Malawi tkwi w martwym punkcie. W momencie uzyskania niepodległości kraj był 5 najbiedniejszym na świecie, po 60 latach zajmował natomiast drugie miejsce od końca. PKB na mieszkańca to 1/4 średniej subsaharyjskiej, czyli 7-krotnie niższe niż średnia światowa. Mieszkańcy Malawi byli bardzo biedni już w momencie uzyskania niepodległości w 1964 r., ich średni dochód stanowił zaledwie 5% średniej światowej, po 60 latach ich dochód jeszcze bardziej się cofnął do marnych 3,5%. Oznacza to, że mieszkańcy Malawi są prawie 30 razy biedniejsi niż przeciętny obywatel świata!

Po uzyskaniu niepodległości dynamika wzrostu PKB Malawi początkowo podążała za trendem Afryki Subsaharyjskiej, rosnąc przeciętnie o 3,7% rocznie. Jednak od 1980 r. kraj ten zaczął tracić dystans nawet w stosunku do reszty kontynentu. Realny PKB Malawi na mieszkańca rósł średnio zaledwie o 1,5% w latach 1995-2015, czyli znacznie poniżej średniej wynoszącej 2,7% w gospodarkach afrykańskich niebogatych w surowce. Niewiele jest równie biednych krajów, które nie są w stanie wojny. Jakby tego było mało, Malawi pozostaje podatne na epizodyczne kryzysy finansowe, charakteryzujące się problemami z bilansem płatniczym, brakiem dostępu do walut obcych, rosnącą inflacją, wysokim poziomem zadłużenia i załamaniem tempa wzrostu. Bieda w Malawi wynika z wielu czynników. Wielu Malawijczyków podkreśla połączenie dziedzictwa kolonialnego, braku dostępu do morza, ubóstwa i niekorzystnych terms of trade. Jeszcze inni wolą wskazywać na surowy i skrajnie autorytarny reżim Kamuzu Bandy, ale on zakończył swoje urzędowanie dawno temu, bo w 1994 r. Sami Malawijczycy są jednak podzieleni w swojej lojalności do spuścizny człowieka, który nazywał swoich rodaków „dziećmi w polityce”. Budził on strach do końca swojego urzędowania, potrafił odejść pokojowo po przegranych wyborach, dzięki czemu Malawi uniknęło wyniszczającej wojny domowej i w konsekwencji to wystarczy, by nadal cieszył się szacunkiem, co mogłem zaobserwować na każdym kroku będąc w Lilongwe, a zwłaszcza w dobrze utrzymanym mauzoleum pierwszego prezydenta kraju.

Problemy rozwojowe Malawi wyjaśnił obrazowo w jednym ze swoich dokumentów Bank Światowy: „Stagnacja w Malawi jest w dużej mierze napędzana stabilną równowagą, która znajduje się na bardzo niskim poziomie. W sytuacji tej równowagi niewielka grupa elit rywalizuje o władzę i polityczne przetrwanie poprzez dążenie do maksymalizacji własnych korzyści nie dlatego, że ma pomysły na rozwój kraju, tylko dlatego, że może bogacić się kosztem biednych. Konkurencyjno-klientowskie porozumienie polityczne elit stwarza silne bodźce dla polityk, które można postrzegać jako służące zaspokajaniu krótkoterminowych potrzeb społecznych (takich jak dotacje dla rolnictwa, zakłócenia funkcjonowania rynku i mechanizmów cenowych), jednocześnie podważające zdolność do wiarygodnego zaangażowania w dyscyplinę fiskalną i długoterminowe reformy niezbędne do pobudzenia produktywnej transformacji strukturalnej”. Pseudoelity malawijskie, nawet za cenę niestabilności makroekonomicznej, wolą status quo łupienia biednej ludności, by w ten sposób dzielić tort między siebie, czyli bardzo niewielkimi elitami niż myśleć o powiększeniu tortu dla wszystkich. Potwierdza to opór przeciwko rozbudowie, a właściwie budowie praktycznie nieistniejącej sieci kolejowej, co jest działaniem w interesie mafii transportowej, opór przeciwko reformie rolnej (utrzymywanie biedy na wsi, gdzie mieszka 90% ludności i zabezpieczanie interesów elit), opór wobec reformy dopłat do nawozów (są one dostępne dla dystrybutorów i handlarzy, ale nie dla producentów) oraz różnorodność państwowych pośredników w niemal każdym obszarze gospodarki, od domów aukcyjnych tytoniu po agentów skupujących kukurydzę.

Myślę, że w tym tkwi wyjaśnienie kwestii, dlaczego rząd utrzymał model interwencji państwa w gospodarkę poprzez pośredników, okazał się on nieefektywny, nawet pod koniec rzekomo relatywnie niezłych lat 80-tych XX w., do tego stopnia, że rząd musiał prosić o pomoc Bank Światowy. To wyjaśnia też, dlaczego Malawi wciąż utrzymuje dopłaty do środków produkcji rolnej, a także armię urzędników (aż 180 tys.), których rozlicza z lojalności wobec rządzących a nie z efektywności ich pracy. Ich podstawowe pensje są groszowe, ale dorabiają na dietach wypłacanych dziennie i oczywiście łapówkach, stąd tylu chętnych. Co może w takim razie rząd Malawi i społeczność międzynarodowa zrobić, aby kraj rozwijał się, a obywatele opuszczali strefę ubóstwa?

Faktem jest, że 26 mld USD przekazanych przez zagranicznych darczyńców w latach 1964 - 2020 r. nie zostało wydane na reformy strukturalne kraju, nie zmieniły ani systemu zarządzania ani nie zredukowały skali ubóstwa (dochody ludności pozostały niskie, finanse publiczne słabe, edukacja i opieka zdrowotna – jeszcze gorsze, infrastruktura słabo rozwinięta, inwestycje niskie i taki sam wzrost gospodarczy). Wręcz przeciwnie, pomoc zagraniczna tylko utrwaliła zachowania rentierskie i zniechęcała do podejmowania reform, gdyż zapewniała elitom zachowanie parasolu bezpieczeństwa. Chociaż darczyńcy nie zgadzają się z taką tezą, po części dlatego, że karpie rzadko głosują za przyspieszeniem Świąt Bożego Narodzenia, ponadto odcięcie pomocy mogłoby wywołać kryzys humanitarny, to jednak fakty są takie, że w najlepszym razie darczyńcy sprawili, że sytuacja Malawi stała się „mniej krytyczna”. Poza tym pomoc zagraniczna, która przez lata wynosiła ok. 1 mld. USD rocznie jest zbyt mała by zainicjować pozytywne zmiany w kraju. Przykładem może być tutaj katastrofalna porażka projektów rozwojowych, w tym dwóch Wiosek Milenijnych znanego w Polsce prof. Jeffreya Sachsa.

Ciekawym przykładem częściowo udanej pomocy zagranicznej jest natomiast inicjatywa „Ripple Africa” z 2003 r., która miała na celu zapobieganie nadmiernym połowom ryb w jeziorze Malawi. Nadmierne połowy, a zwłaszcza zupełnie niekontrolowane na tarliskach doprowadziły do skrajnego załamania sytuacji w 8 malawijskich dystryktach położonych wzdłuż jeziora. Wraz ze wzrostem populacji – z 4 mln w momencie uzyskania niepodległości do 22,5 mln (2025), a prognozowanych ponad 40 mln do 2050 r. – rosła presja na zasoby ryb, sieci stawały się coraz mniejsze, a połowy bardziej powszechne na obszarach lęgowych. Nic lepiej nie ilustruje bezsensowności niefrasobliwej pomocy rozwojowej niż dystrybucja moskitier, dostarczanych w celu zwalczania malarii, które były i nadal są wykorzystywane jako sieci do połowu ryb. Malutkie otwory w siatce sprawiają, że każda mała, niedojrzała ryba na jej drodze trafia do sieci, co ma katastrofalne skutki dla przyszłych łowic. Program wpadł w totalny chaos. Wędkarstwo było zajęciem ogólnodostępnym, każdy kto chciał, mógł łowić ryby, a lokalne społeczności nie miały możliwości ochrony zasobów jeziora, gdyż te kompetencje leżały po stronie rządu. Rosnąca liczba ludności zwiększyła presję na zasoby ryb, co doprowadziło do zmniejszenia połowów, zaostrzenia napięć między lokalnymi społecznościami a rządem oraz wzrostu ubóstwa, co jest mikrokosmosem tego, co wydarzyło się w skali całego kraju.

Spadki połowów miały szczególnie duży wpływ na bardzo biedne społeczności, takie jak Malawi, gdzie 83% powierzchni kraju stanowią tereny wiejskie, a zaledwie 10% ma dostęp do elektryczności (dane z 2024 r.). Wpływ takich wyzwań i problemów został w przypadku jeziora Malawi jeszcze spotęgowany przez załamanie się turystyki zagranicznej, głównie z powodu otwarcia RPA na świat po upadku apartheidu. Dla spauperyzowanego społeczeństwa lokalnego najważniejsze są wyzwania teraźniejszości, jak przeżyć do następnego dnia. O jutro nikt tutaj nie dba, stąd też w programie „Ripple Africa” zdecydowano się zastosować praktykę „kija i marchewki”. Od początku jego istnienia do 2024 r. powstało blisko 500 wiejskich komitetów plażowych (BVC), które próbowały przekonać ponad 35 tys. rybaków do wykorzystywania większych sieci rybackich w miejsce moskitier oraz oddalenia się od terenów lęgowych. Każdego wieczoru floty łodzi domowej roboty przepływają wzdłuż brzegu jeziora Malawi, by łowić „usipę”, najpopularniejszą tutaj rybę, przy użyciu sieci rybackich i świateł. Okazało się, że wydajność połowów dzięki zastosowanym środkom kontrolnym stale rośnie. Np. miesięczna sprzedaż „chambo” (doskonała ryba, którą miałem okazję jeść przez kilka dni pobytu) wzrosła 6-ktotnie w latach 2016-2024. W 2025 r. objętych ochroną było 133 obszarów lęgowych. Chociaż nastąpił 60% spadek ilości złowionej „usipy”, liczba złapanych większych ryb wzrosła z 46% do 70%, a dochody rybaków o 20%. Ponadto ok. 5 tys. członków BVC codziennie kontroluje plaże. W międzyczasie stała się ona poważną siłą polityczną, z którą rząd musi się liczyć, do 2024 r. skonfiskowała ona sprzęt połowowy prawie 1,7 tys. rybaków, nie stosujących się do zasad połowów. „Ripple Africa” jest w całości zarządzany przez ponad 450 Malawijczyków, aczkolwiek finansowany jest z zagranicznych darowizn w wysokości ok. 0,9 mln USD rocznie, czyli jest to niewielki ułamek ponad miliarda USD rocznej wartości pomocy.

Jest to ciekawa inicjatywa, którą warto dalej obserwować. W jej ramach udało się stworzyć i utrzymać system całkowicie zarządzany oddolnie przez lokalną społeczność (bez nakazów odgórnych), system napędzany jest edukacją lokalnych interesariuszy (w tym przypadku rybaków), lokalnym nadzorem policyjnym, budową lokalnych instytucji monitorujących i nadzorujących, partnerstwem z instytucjami i ministerstwami rządowymi, jak min. ds. rybołówstwa i dzikiej przyrody a z czasem integracją z innymi inicjatywami zrównoważonego rozwoju, takimi jak zalesianie. W wielu innych obszarach zewnętrzne inicjatywy reformatorskie stworzyły bodźce dla podmiotów lokalnych do ustalania formy (ale nie funkcji) instytucji, jednocześnie podważając głos i pozycję krajowych reformatorów. Zewnętrzna presja darczyńców często wywoływała „newtonowską” reakcję ze strony krajowych reformatorów, którzy bojkotowali pomysły i inicjatywy tych pierwszych, co jest zrozumiałą reakcją napędzaną populistycznymi instynktami i łatwymi podpowiedziami. Źle zarządzana pomoc oraz zbyt duża presja na jej implementację może zerwać dialog i zaburzyć relacje, a bez współpracy z lokalnymi instytucjami akcje pomocowe często okazują się kompletnie dysfunkcjonalne.

Doświadczenie programu „Ripple Africa” w Malawi podkreśla wagę odpowiedniego doboru bodźców, potrzeb zaangażowania lokalnych społeczności oraz uzupełniającej roli, jaką w odpowiednich warunkach mogą odegrać osoby z zewnątrz. Ripple pokazuje, że zaczynając od małych kroków, wzmacniając lokalne głosy w miejscach, gdzie zmiany są potrzebne i działając konsekwentnie można zmienić nawet najbardziej desperackie i pozornie niemożliwe okoliczności i osiągnąć przynajmniej połowiczny sukces. Jeśli osoby z zewnątrz potrafią to zrobić i nie nagłaśniać przesadnie własnej roli, aby w ten sposób rozwijać własne kariery i interesy, zaufanie może wzrosnąć, a postęp może być osiągnięty. W Malawi wymaga to przywództwa, które potrafi nie tylko precyzyjnie definiować problemy, ale także ustalić priorytety i wdrożyć rozwiązania, a przy tym unikać destrukcyjnych i populistycznych decyzji gospodarczych (takich jak ustawa o reformie rolnej, która skutecznie pozwala odbierać ziemię obcokrajowcom, czy zakaz eksportu kukurydzy) oraz być gotowym do oddania kontroli, lub przynajmniej do dzielenia się korzyściami płynącymi ze zmian.

Przyjrzyjmy się współczesnej gospodarce Malawi. MFW w swoim raporcie z kwietnia 2026 r. wezwało Malawi (wraz z innymi gospodarkami Afryki Subsaharyjskiej) do zmiany modelu gospodarczego ze zdominowanego przez sektor publiczny i wydatki rządowe na model oparty o sektor prywatny. MFW kategorycznie stwierdził, że dotychczasowy etatystyczny model gospodarczy oparty o wydatki publiczne nie był w stanie zapewnić trwałego wzrostu gospodarczego. Raport MFW (Regional Economic Outlook) wykazał, że rachityczny wzrost gospodarczy Malawi nie był w stanie domknąć luki przychodowej, która jeszcze się powiększyła od czasu pandemii Covid-19. Sektor publiczny pozostawał dominującym silnikiem rozwoju, jednak jego moc stawała się coraz słabsza. Przyczyną tego była niska produktywność sektora rządowego, jego bardzo słaby ład korporacyjny (governance) i niewielka skłonność do inwestycji sektora prywatnego.

MFW stwierdził, że taka sytuacja jest nie do utrzymania, ostrzegając, że rosnący dług publiczny (w 2026 r. wynosił on 24 trylionów kwacha), wysokie koszty zaciągania długu i malejąca pomoc zewnętrzna (zwłaszcza po likwidacji wielu programów pomocowych USA na początku drugiej kadencji Trumpa) muszą ograniczać stymulowanie wzrostu gospodarczego wyłącznie przez wzrost wydatków rządowych. MFW oceniał, że redukcja strukturalnego deficytu budżetowego o połowę, nowe regulacje biznesowe i przyciągnięcie inwestycji zagranicznych mogłyby zwiększyć PKB Malawi o 20% w czasie najbliższych 5-10 lat, oczywiście pod warunkiem, że reformy byłyby dobrze przygotowane i sprawnie wdrożone. Byłbym jednak bardzo wstrzemięźliwy co do prawdopodobieństwa sukcesu tak zdefiniowanej transformacji systemowej, przede wszystkim ze względu na nieistniejący ład korporacyjny i słabość instytucjonalną spółek państwowych, które osłabiają stabilność finansową państwa i obniżają zaufanie sektora prywatnego.

Jak to zwykle bywa w gospodarkach zdominowanych przez państwo, firmy państwowe są traktowane przez polityków jak dojne krowy, w najlepszym razie jako centra patronażu politycznego, co powoduje, że efektywność ich funkcjonowania jest ujemna. Przyczyniają się one w ten sposób do obniżenia potencjału i perspektyw wzrostu gospodarki. Dodatkowo rząd regularnie umarza długi tych firm, ratując je w ten sposób przed niechybną upadłością. W ten sposób konsumowana jest niewielka przestrzeń fiskalna rządu, wypychając prorozwojowe wydatki budżetowe, czy usuwanie nieefektywności w szeroko rozumianej gospodarce. Inwestorzy prywatni są zmuszeni funkcjonować w ekosystemie, w którym reguły gry nie są takie same dla wszystkich, stąd sugestie MFW o wzroście ciągnionym przez sektor prywatny mogą pozostać jedynie głosem wołającego w puszczy. Bez zmniejszenia sektora zdominowanego przez państwo poprzez jego prywatyzację wdrożenie zaleceń MFW będzie niemożliwe.

Czy w kraju stworzonym przez etatystyczne mrzonki Kamuzu Bandy będzie to możliwe? Ja jestem co do tego sceptyczny, podobnie zresztą jak malawijscy przedsiębiorcy, którzy w coraz większym stopniu inwestują swój kapitał w papiery rządowe, zamiast w działalność produkcyjną. Jest to zrozumiałe, zwłaszcza, że inwestycje w papiery rządowe przynoszą coraz wyższe zwroty (przynajmniej do ogłoszenia bankructwa państwa). Większość firm działa poniżej swojego potencjału wytwórczego, co jeszcze pogarsza inwestycje i produkcję. Nieefektywność spółek skarbu państwa wstrzymuje głównie inwestycje w takich kluczowych sektorach jak energetyka i infrastruktura. Sam widziałem wiele rozpoczętych przez państwo inwestycji, np. w infrastrukturę szkolenia młodzieży na terenach wiejskich. Co z tego, że zbudowano przyzwoite budynki, jak na afrykańskie warunki, skoro zabrakło środków na ich wyposażenie, a zwłaszcza na komputery osobiste. Powoduje to, że te obiekty świecą pustkami i czekają na lepsze czasy.

Tymczasem wojna na Bliskim Wschodzie i pełne wycofanie się USA z pomocy rozwojowej dla Afryki pogorszyły "terms of trade" w szczególności krajów pozbawionych surowców mineralnych (głównie ropy naftowej), podwyższając ich koszty produkcji i jeszcze obniżając w ten sposób ich i tak słabą konkurencyjność. Deficyt handlowy Malawi po 1 kwartale 2026 r. wzrósł aż o 18,5% w porównaniu z analogicznym okresem 2025 r. Eksport spadł o 9,1% i wyniósł zaledwie 172 mln USD (spadek z poziomu 189,3 mln w 2025 r.). Najważniejszym produktem w eksporcie tradycyjnie był tytoń (dane NSO - National Statistical Office of Malawi). Skala deficytu handlowego w kraju praktycznie pozbawionym rezerw walutowych była ogromna. Wyniósł on bowiem 789 mln USD (wzrost z 642,7 mln rok wcześniej) - to ponad 4 razy więcej niż wartość eksportu! W tym samym okresie import Malawi wzrósł do 961 mln USD (wzrost z 832 mln USD), najważniejszą pozycją w strukturze importu stanowił diesel.

Wartość eksportu stanowiła zatem 18% wartości importu na koniec marca 2026 r. Na liście 10 najważniejszych produktów importowych znalazły się: diesel (27,6 mln USD), kotły oraz maszyny (22,1 mln USD) i wyroby z plastiku (20,6 mln USD). Z kolei najbardziej wartościowymi produktami eksportowymi był wspomniany tytoń (29,4 mln USD), herbata (7,2 mln USD) i orzechy macadamia (3,2 mln USD). Pogarszający się deficyt handlowy jest wyrazem nadmiernego uzależnienia Malawi od eksportu kilku nieprzetworzonych produktów rolnych, trwałego niewykorzystania potencjału produkcyjnego i praktycznej nieobecności na rynkach międzynarodowych (brak uczestnictwa w międzynarodowym podziale pracy). Od dekad Malawi było uzależnione od eksportu tytoniu, nie czyniło praktycznie nic, by zdywersyfikować strukturę swojej gospodarki. Dlatego też konkurencyjność gospodarki pozostaje słaba, dodatkowo traci ona swoje przewagi konkurencyjne w eksporcie tradycyjnych produktów, jak herbata.

W związku z tym produkcja krajowa nie jest w stanie zaspokoić popytu krajowego (to rynek 22,5 mln młodych mieszkańców!), co napędza import i pogarsza bilans handlowy. Ten deficyt jest zatem wyrazem zarówno strukturalnych, jak i transakcyjnych słabości gospodarki. Deficyty w takim otoczeniu nadal rosną, bo rosnąć muszą, kolejne rządy ogłaszają co jakiś czas nowe strategie dywersyfikacji eksportu i produkcji (ostatnio w Malawi była to Narodowa Strategia Eksportu II), by w ten sposób zmniejszyć uzależnienie od eksportu nieprzetworzonego tytoniu i zwiększyć wartość dóbr wytwarzanych lokalnie. Dane z 1 kwartału 2026 r. pokazały stały wzrost importu, mimo, że rok wcześniej w kwietniu 2025 r. rząd zakazał importu mąki kukurydzianej, świeżego mleka, ryżu i owoców (z wyjątkiem tych, które nie są uprawiane w Malawi). Wg. NSO deficyt handlowy Malawi wzrósł w 2025 r. do 2,67 mld USD z 2,2 mld USD (2024), czyli aż o 15%. Przyczyną był wzrost importu i spadek eksportu. Jak widać zatem sytuacja gospodarcza Malawi naprawdę nie jst łatwa.

Malawi od lat promuje się na świecie jako „gorące serce Afryki” (the warm heart of Africa). Ten mały kraj wciśnięty między Tanzanię, Zambię i Mozambik, bez dostępu do morza i brakiem turystycznych cudów świata, rzadko jest celem podróży. Jeżeli jednak jest odwiedzany, to raczej przy okazji większych wypraw eksplorujących Afrykę Płd.-Wschodnią. Jednak niepozorne Malawi ma wystarczająco dużo argumentów, by bez wielkiego planowania a także bez większego ryzyka (kraj jest bezpieczny), dobrze się tutaj poczuć, a przy okazji trochę poznać i zrozumieć Afrykę. To, że Malawi jest jednym z najbiedniejszych krajów świata jest nie tylko faktem statystycznym. Biedę, chociaż ma ona twarz raczej zapóźnienia cywilizacyjnego niż traumatycznej historii, widać wszędzie. Ponieważ ponad 80% ludności żyje na terenach wiejskich, a podstawą gospodarki jest tradycyjne rolnictwo, oznacza to, że nie spotyka się tutaj upiornych dzielnic czy przedmieść nędzy, dobrze znanych z wielu afrykańskich metropolii. Mimo, że kraj jest ekstremalnie biedny, to uniknął największego problemu wielu innych postkolonialnych państw afrykańskich – wojny domowej. Malawijczycy nie mają niezabliźnionych ran z okresu kolonializmu i bezpośrednio po jego zakończeniu i mimo biedy, nie czuje się tu napięcia, a wszechobecne reggae wprowadza w dobry nastrój nawet w miejscach, które są tego zaprzeczeniem. 

Po kraju można się swobodnie i bezpiecznie przemieszczać lokalnym transportem, choć bywa to czasochłonne i frustrujące, bo drogi są bardzo dziurawe. Baza noclegowa w najbardziej turystycznych miejscach nad jeziorem Malawi i w parkach narodowych jest w miarę przyzwoita i niespecjalnie droga. Główną atrakcją kraju są oczywiście przyroda i zwierzęta, ale nie sposób pominąć dwa główne miasta, jak stolica Lilongwe i Blantyre, które są niezbędnymi przystankami logistycznymi na każdej trasie. Największym skarbem kraju jest jezioro Malawi (dawniej Niasa). Jest to trzecie po Wiktorii i Tanganice największe jezioro w Afryce, o długości 580 km. Ze względu na niespotykane bogactwo zamieszkujących tu ryb, z czego wiele to gatunki endemiczne, na części tego ogromnego ekosystemu utworzono Park Narodowy Jeziora Malawi, który od kilkudziesięciu lat jest wpisany na listę UNESCO. Malawijczycy twierdzą, że gdyby zsumować wszystkie gatunki ryb słodkowodnych, żyjących w Europie i USA, to i tak nie przebiłyby sumarycznej bioróżnorodności jeziora Malawi. Jezioro to nie tylko żyjące muzeum przyrody, na brzegu zlokalizowanych jest kilka „ośrodków turystycznych”, chociaż jest to określenie zdecydowanie na wyrost, gdyż turystów zagranicznych jest tutaj jak na lekarstwo. Najbardziej popularne zlokalizowane są w okolicach Nkhata Bay i Cape Maclear, gdzie miałem okazję być. Trzeba jednak uważać na pasożyt o nazwie „bilharzia”, żyjący w trzcinach, który za sprawą żyjących tam ślimaków może przenieść się na człowieka.

Inną atrakcją kraju są liczne parki narodowe. Ja byłem w Parku Narodowym Liwonde na południu kraju, który reprezentuje bodaj największą różnorodność zwierzyny, w szczególności polecam safari wodne. Podczas spływu łodzią po rzece można zobaczyć ogromne ilości hipopotamów, ale też krokodyli nilowych. Pozostałą część parku tworzy naturalna sawanna, którą zamieszkują m.in. antylopy, nosorożce, słonie, lwy, małpy i wiele innych, które najlepiej jest obserwować przy wodopoju. Jeszcze kilka lat przed moją wizytą (kwiecień 2026 r.) Liwonde przeżywało spore problemy, związane z aktywnością kłusowników. Szacuje się, że zginęło wówczas dziesiątki słoni i nosorożców. Staraniem rządu i przy wsparciu zewnętrznych funduszy wzmocniono ochronę, zainstalowano płoty elektryczne i zdemontowano pułapki. Do parku powrócił spokój, a dzięki programowi konserwacji przyrody zaczęła rosnąć populacja zwierząt. Warto wybrać się w okolice najwyższej góry Malawi Mt. Mulanje (3002 m). Ten region też jest wpisany na listę biosfery UNESCO, a piękne góry często owiane mgłami, pełne są legend, duchów przodków i niesamowitych opowieści o zaginionych wędrowcach. Podobno właśnie tutaj J.R.R. Tolkien znalazł inspirację dla Samotnej Góry krasnoludków z Hobbita. Uroczy kraj z wielkimi problemami, bardzo typowymi dla najbiedniejszych regionów Afryki.


Lilongwe Kamuzu Airport

Lilongwe, Kamuzu monument

Chongoni

Chentcherere Rock Art

Lilongwe

Mama Kadzimira

Lilongwe

Bingu wa Mutharika monument

Lilongwe

Parliament building Lilongwe

Kamuzu Banda mausoleum

Kamuzu Monument, Lilongwe

Chongoni

Chentcherere

Chongoni

 Kamuzu monument, Lilongwe

Kungoni, Mua Mission

Lake Malawi, Cape Maclean

Bold Eagle, Lake Malawi

Malawi Congress Party, Lilongwe

Lake Malawi

Lilongwe

Bingu National Stadium, Lilongwe

Lilongwe

Me and Peter Mutharika

Kamuzu International Airport, Lilongwe

Kungoni, Mua Mission

Mua Mission

 
 
 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Komentarze


O mnie

Ekonomista, finansista, podróżnik.
Pasjonat wina i klusek łyżką kładzionych.

Kontakt
IMG_4987.JPG
Home: Info

Subscribe Form

Home: Subskrybuj

Kontakt

Dziękujemy za przesłanie!

Home: Kontakt

©2019 by Traveling Economist. Proudly created with Wix.com

bottom of page